„Made in China”- czyli moja chińska przygoda cz. 1

moje podróże

Druga połowa grudnia, czyli mija dokładnie rok od mojej podróży do Chin, a dokładniej ich stolicy- Pekinu. Długo nie mogłam się zabrać za pisanie tego tekstu. Zastanawiałam się jaką dobrać formę- chyba nie jestem jeszcze gotowa żeby pisać długie i wyczerpujące reportaże. Te pozostawię mistrzom takim jak R. Kapuściński którym zdecydowanie do pięt nie dorastam… Może kiedyś. Postanowiłam krótko opisać życie w Pekinie, kilka miejsc i zwyczajów. Postaram się zaskoczyć Was tak samo jak zaskakiwał mnie każdy dzień spędzony gdzieś na końcu świata…

W części pierwszej o przysmakach, poruszaniu się po ulicach i zakupach w stolicy. 

Lotnisko

Do Chin leciałam bezpośrednia z warszawskiego Okęcia. Sama podróż była spokojna, ale niesamowicie męcząca. Po ponad 8 godzinach podróży wylądowałam na lotnisku w Pekinie- Beijing Capital International Airport, drugim co do wielkości największym lotniskiem na świecie. Miałam wrażenie, że robię setki kilometrów idąc po odbiór bagażu, czy kontroli paszportowej. Od razu zaznaczę, że kontrole były dwie- jedna kolejka dla turystów, a druga dla Chińczyków, którzy kiedy są u siebie lubią podkreślać swoją wyższość nad „białym”. Kiedy udało się przejść kontrolę (przy której zrobiono mi zdjęcie, jak się później dowiedziałam tylko po to żeby porównać czy z Chin wyjeżdża ta sama osoba za którą się podawałam wjeżdżając tam) udałam się po odbiór bagażu oraz w stronę wyjścia. Oczywiście, to przecież normalne. Dlaczego więc o tym wspominam? Ponieważ po lotnisku w Pekinie jeździ pociąg, a tego często się nie spotyka. Wsiadłam więc do małego wagonu, którym jechałam ok 6 minut na drugą stronę lotniska, by dotrzeć do hali w której znalazłam swój bagaż. I wyjście. Uff…

Trzeba również wziąć pod uwagę różnicę czasu- kiedy wylądowałam w Chinach w Polsce była 22.00, a Pekin dopiero budził się do życia, zegar wybił godzinę 6.00 rano, oczywiście następnego dnia.

Image

Transport& Ulice

Pekin to miasto liczące ok 8 mln ludzi, a jego powierzchnia wynosi prawie 17 000 km². 6 pasmowe drogi są zatem czymś powszechnym, oczywiście nie dla nas. Mimo tak ogromnych dróg, korki uliczne nie są czymś nadzwyczajnym, wręcz przeciwnie. Autobusy, taksówki, samochody… Każdy jak najszybciej chce przejechać, więc żeby to wymusić używają klaksonów, co oczywiście do niczego nie prowadzi. Jak stali tak stoją, tyle, że w hałasie jaki sami wytwarzają. Na drodze nie obowiązują też prawie żadne zasady ruchu drogowego- znaki drogowe, światła czy kierunkowskazy są praktycznie nie potrzebne. Zmianę pasa sygnalizuje się użyciem klaksonu, albo w ogóle się tego nie robi. Tutaj nikt nie stresuje się takimi nieistotnymi szczegółami. Ważne jest więc żeby dokładnie rozglądać się na przejściach dla pieszych, ponieważ zielone światło wcale nie oznacza, że droga dla pieszych jest wolna i można swobodnie przejść. Cały czas poruszając się po mieście trzeba uważać na taksówki czy samochody osobowe, które naprawdę nie zwracają uwagi na to jak jeżdżą.

Dla szukających mocniejszych wrażeń, propozycja przejażdżki typową chińską rikszą, która normalnie porusza się po drogach między autami.

Image

Chodząc po ulicach Pekinu od razu rzuca się w oczy jedna rzecz- samochody jakimi jeżdżą Chińczycy są tymi najlepszej klasy. Wolą oni wydać pieniądze na drogie, sportowe auta niż inwestować w domy czy mieszkania. W większości na ulicach patrząc na typowe chińskie „bloki” widać w nich biedę i bród. A już po drugiej stronie ulicy można zobaczyć sklepy najdroższych światowych marek.

Zakupy

Skoro już mowa o markach, przejdę do punktu jakim są zakupy. Chiny to kraj który produkuje najwięcej podrobionych towarów. Można tu znaleźć wszystko- od sprzętu elektronicznego, gadżetów, przez ubrania, kosmetyki aż po dodatki. Jest wiele, wiele miejsc gdzie takie rzeczy można dostać. Robiąc tam zakupy trzeba umieć się targować. Produkty nie maja ustalonych cen, a te podane przez sprzedawców są naprawdę kosmiczne. Za bluzki, czy buty warte ok 60 zł (120 chińskich juanów) chcą wziąć nawet 300-400 zł. Proces zakupu trwa więc bardzo długo. Kiedy weźmiemy jakiś produkt do ręki od razu podejdzie sprzedawca i zacznie próbować, delikatnie mówiąc, wcisnąć nam to co oglądamy, a czego może wcale nie mieliśmy zamiaru kupić, od tak chcieliśmy to obejrzeć. Na to więc trzeba szczególnie uważać. Chińczycy prawie w ogóle nie mówią po angielsku, dlatego cały proces targowania polega na wybijaniu na kalkulatorze kwot którymi obie strony są zainteresowane. Prawie zawsze udaje się utargować cenę, która nam odpowiada. Niezawodną taktyką jest odwrócić się i udawać, że nie jest się już zainteresowanym produktem. Wtedy sprzedawca ulega i dostajemy nasz towar. Gorzej jeśli naprawdę chcemy zrezygnować z czegoś co wcześniej przymierzyliśmy czy czym byliśmy zainteresowani. Wtedy sprzedawcy obrażają się, wypraszają ze sklepu, wyklinając na nas po chińsku. Póki nie dochodzi do rękoczynów (a słyszałam, że i to się zdarza) nie ma się czym przejmować.

Oprócz takich miejsc są również typowe centra handlowe, w których znajdziemy sklepy znane nam z Europy. Zwróciłam jednak uwagę na to, że te towary są tam znacznie droższe niż u nas w kraju.

Image

Chińskie przysmaki

Od tego trzeba zacząć- nigdzie w Polsce, a jestem pewna, że również nigdzie indziej na świecie nie zje się takiej „chińszczyzny” z jaką mamy do czynienia w Chinach. Oryginalne, orientalne smaki to coś za czym zdecydowanie tęsknię najbardziej. Jedzenie na ulicach czy małych klimatycznych knajpach jest najlepszym pomysłem na obiad czy kolację w Chinach. W godzinach między 12.00-14.00 jest pora lunchu, na ulicach rozkładają się więc „bazary” z jedzeniem tzw. lunch’ owiska na których można kupić coś gorącego. Niestety wielu przysmaków, które próbowałam nie jestem w stanie przedstawić. Tak jak pisałam wcześniej angielski chińczyków praktycznie nie istnieje, można więc było się dogadać ewentualnie w kwestii mięsa- udawanie kurczaka oznaczało, że będzie kurczak, a głośne „bee” czy „muu”, że zamawiam baraninę czy wołowinę. Nie miałam żadnych oporów żeby próbować wszystkiego co jedli Chińczycy- zupy jedzone pałeczkami to również coś czego w Polsce mi brakuje. Jeśli chodzi o bary i restauracje warto wybierać te w których menu opatrzone jest zdjęciami, w innym przypadku jeśli nie zna się chińskiego może być naprawdę ciężko. Warto też wspomnieć, że jedzenie na mieście jest bardzo tanie. Za jedno danie płaci się ok 6-7 zł, więc próbować można do woli.

Image

Image

Image

Poza tym trzeba też wspomnieć o przysmakach przygotowanych z myślą specjalnie o turystach- prażone świerszcze, larwy, skorpiony, węże… Na co dzień nie dostanie się tego w restauracjach, ale są miejsca w których takie smakołyki można dostać bez problemu. Osobiście skusiłam się na mięso z węża, który był najdroższą potrawą jaką jadłam w Chinach- 50 zł za jeden, dość mały szaszłyk. Cóż, smak dość przeciętny, czuć było wiele aromatycznych przypraw, a smak samego mięsa nie był zbytnio wyczuwalny. Mimo to, nie żałuję, a jeśli będzie okazja spróbuję rzeczy jeszcze bardziej oryginalnych.

Image

Image

Już wkrótce zapraszam na kolejną część „Made in China”, skupionej na miejscach które koniecznie trzeba zobaczyć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s