California dream…?

au pair w USA
14191304_1269062979779262_1795016348_o

Venice Beach, moje miejsc numer 1 w Los Angeles…

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach” – W. Allen.

Pamiętacie jak pisałam, że każdy medal ma dwie strony? Że w większości przypadków, to co widzimy w social media to ściema? Tak też trochę było w moim przypadku przez ostatnie kilka tygodni. Nie sugeruję, że Was okłamywałam. Po prostu wstyd mi się było przyznać do porażki (jeszcze wtedy tak o tym myślałam, dziś niczego nie żałuję). Mieszałam w Kalifornii, spełniłam swoje marzenie. Widzieliście zdjęcia na których tryskam optymizmem i pozornym szczęściem. A te kilka zdjęć, które mogliście oglądać, zrobione w ciągu jednego dnia wolnego, kosztowały mnie sześć dni stresu i siedem prawie nieprzespanych nocy…

Moja host rodzina z Kalifornii na początku wydawała się w porządku. Czułam, że nie będzie mi z nimi aż tak dobrze jak u poprzednich hostów, ale kluczem do sukcesu w byciu au pair i rodziną goszczącą jest KOMUNIKACJA. Myślałam, że jeśli przedyskutujemy kilka spraw, to wszystko będzie dobrze. Tym bardziej, że rodzice byli zadowoleni z mojej pracy z dziećmi, a ja uwielbiałam swoich podopiecznych.
Problemy z hostką zaczęły się kiedy zapytałam o jeden dzień wolny (poniedziałek 29.08) żebym mogła jechać z koleżankami do Las Vegas na moje urodziny. Wyjazd w sobotę, powrót w poniedziałek. Zgodziła się, ale zrobiła mi wielki wykład o tym, że jestem nieodpowiedzialna pytając czy mogę mieć wolne wtedy, kiedy ona zaczyna nową pracę (przy czym sama podkresliła, że nie wie kiedy dokładnie musi się tam stawić, ale ja mam być do jej dyspozycji, bo właśnie dlatego wzięła au pair). Pomyślałam „dobra, ok, trochę się popluła i jej przejdzie”. Później jednak stwierdziła, że nie da mi auta żebym mogła dojechać w sobotę rano do LA, skąd ruszał autobus (auto mogłoby zostać u koleżanki w domu na dwie noce). A dobrze wie, że transport publiczny z Newbury Park do LA nie istnieje. Ostentacyjnie bujając się na fotelu oznajmiła, że przecież mogę wziąć UBER ( do LA jakieś $80 przy czym autobus z LA do Vegas $30,) na który oczywiście mnie nie stać. Brakowało jej tylko kota na kolanach, żeby wyglądać jak Ojciec Chrzestny, szef wszystkich szefów, wielka pani domu, człowiek któremu odbija, bo pierwszy raz w życiu jest dla kogoś szefem. Ale ok. Pierwsza dziwna sytuacja, nie ma co się spinać, wiele au pair na większe problemy niż ja w tym czasie. (A dobra koleżanka powiedziała, że może mnie zawieźć do LA w sobotę i odebrać w poniedziałek, więc nie musiałam odwoływać urodzin w Vegas.)
Niestety z czasem konflikt zaczął narastać… Hostka zaczęła wyliczać mi wyjeżdżone mile, stwierdziła, że jeżdżę za często do LA i że najlepiej jak znajdę znajomych w okolicy to będę siedzieć na miejscu. No ręce mi opadły… Jeśli czytacie mnie już od dłuższego czasu to trochę mnie znacie- ja nie usiedzę na miejscu, nie jara mnie picie kawy w SBX i chodzenie z psiapsiółami po galerii handlowej. Ja gonię za przygodą, chce oskrywać nowe miejsca. LA jest magiczne pod tym względem. Dlatego tak bardzo chciałam tam być jak najczęściej. No a niestety na skypie przed ostatecznym matchem nie dogadaliśmy się w tej sprawie… Problem auta jest w USA problemem dużym, bo bez niego ani rusz. Brak auta= brak wolności… Zaczęłam się czuć jej więźniem- może pozwoli mi się spotakać ze znajomymi, a może nie….
Następne spiny były dość małe, ale zebrane w całość spowodowały, że musiałam zwołać rodzinny meeting- ja, on, ona. A z nim dogadywałam się całkiem dobrze. Udało nam się ustalić kompromis w sprawie auta… Kiedy jednak powiedziałam, że jest kilka kwestii, które z nią chciałam omówić i można by zmienić, ona wpadła w szał. Zaczęła na mnie krzyczeć, że to jej dom, jej zasady, zaczęła wkładać w moje usta rzeczy, których nie powiedziałam (Nawet on zwrócił jej uwagę, że wyolbrzymia. Za co biedaczek, ostro później oberwał.) Ostatecznie trzasnęła drzwiami i wyszła. A TERAZ UWAGA. Ja im powiedziałam „Uwielbiam Wasze dzieci, chciałabym zostać w Kalifornii, ale jeśli tak ma wyglądac nasza współpraca to ja mam okazję wracać do New Hampshire.” Tak! Moja hostka podczas wielu rozmów, powiedziała, że żałuję decyzji o rematchu i mogę do nich wracać, jeśli coś będzie nie tak.
I to była najtrudniejsza decyzja w moim życiu- wracać czy zostać? Kalifornia, życie w stresie, ale słońce cały rok, czy nudne NH, zima, ale dobra host rodzina i wielu, wielu znajomych, za którymi tak tęskniłam? Tamtego wieczoru zostawiłam tę decyzję hostom z Kalifornii, bo ja byłam za słaba żeby się zdecydować… Na szczęście już w niedzielę wyjeżdżali na camping, bo atmosfera w domu była okropna. Całą sobotę (rozmowa była w piątek) przesiedziałam w swoim pokoju, jadłam tylko kanapki PB&jelly, bo było je najszybciej zrobić, kiedy akurat ona byla w sklepie czy w ogrodzie. Wrócili w środę i powtórka z rozrywki. W czwartek natomiast jechali do San Diego. Rano pozwolili mi wziąć auto i jechać do koleżanki, 15 minut drogi. On zadzwonił do mnie już z auta, kiedy byli w drodze na kolejne wakacje. Usłyaszłam, że lepiej dla mnie jak będę szczęśliwa w NH. A z nią mijałam się rano w kuchni. Nawet nie miała odwagi mi tego powiedzieć osobiście. Nie dość, że zmusiła męża, to jeszcze telefonicznie. Dostałam czas do 21:00 żeby się spakować. Przy czym… Moja hostka z NH nie dała mi 100% odpowiedzi czy mogę do nich wrócić, bo nie była pewna kosztów ponownego wstąpienia do programu. Przez kilka godzin miałam w głowie wizję kolejnego rematchu, kolejnych skajpów z rodzinami i kolejnej przeprowadzki. To wszystko działo się jeszcze w domu koleżanki. Kiedy wsiadłam do samochodu, zaczęłam dosłowanie ryczeć, wyłączyłam radio i zaczęłam się modlić. Drugi raz odkąd byłam w Kaliforni, naprawdę szczerze się modliłam. Na podjeździe w „domu” odczytalam smsa od hostki z NH: „We can’t wait to have you back. You can come any time you want.”

Dzisiaj pisze dla Was z mojego pokoju w NH… Ciarki mnie przechodzą, mam łzy w oczach, bo to już prawie rok kiedy jestem w USA (9.09.2016). I moja historia zatoczyła krąg… Po roku piszę do Was z tego samego miejsca, z tego samego pokoju, i jestem z tą samą host rodziną. A plan był zupełnie inny. I Bóg okazał się najlepszym przyjacielem- najpierw się  uśmiał, ale nie zostawił mnie samej kiedy go potrzebowałam. Może wracając tutaj zrobiłam krok w tył. Może nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Może i mieszkam w najnudniejszym stanie USA. Ale jestem spokojna. Otoczona drugą rodziną i przyjaciółmi. Wracając tutaj, czuję się jakbym wróciła do domu po długiej podróży. A to przecież najlepszy znak, że to NH jest mi pisane. Mocno wierzę, w to, że ten jeden krok w tył szybko pozwoli mi zrobić dwa na przód. I dziś nie uważam, że poniosłam porażkę w Kalifornii. Czas przestać wiecznie obwiniać siebie, bo świat jest pełen dziwnych ludzi. Jeszcze dziwniejszych niż ja i moje przygody.

Reklamy

7 uwag do wpisu “California dream…?

  1. Każde doświadczenie jest cenne nawet te najbardziej bolesne wiele nas uczą 🙂 fajnie ze jesteś tam gdzie czujesz się szczęśliwa, trzymam za Ciebie kciuki i odliczam dni do spotkania :***

  2. Bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwa w NH. widocznie wyjazd do Cali miał Ci pokazać ze to jest Twoje miejsce :))
    nic nie dzieje się bez przyczyny
    Trzymaj kciuki cały czas Emilia za Ciebie, buziaki 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s