Po schodach do nieba

felietony, moje podróże

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech. I tak 25 tysięcy razy dziennie. Łatwe, prawda?

A może nie do końca? Czy możesz zapomnieć jak oddychać?

 

Prawidłowego oddychania uczy się na jodze, czy w szkole rodzenia. Albo na szkoleniu przed skokiem ze spadochronem…

DCIM999GOPRO

Skok z widokiem na legendarne Las Vegas

Tak – możesz zapomnieć jak oddychać. Ja mogłam. Kiedy otworzyły się drzwi do samolotu, z którego zaraz miałam wyskoczyć. 7 tysięcy stóp nad ziemią, czyli ponad 2000 metrów. Adrenalina zawładnęła całym ciałem na tyle, że nawet tak podstawowa czynność stała się wyzwaniem. Dzięki Bogu – zostałam z tego samoloty wypchnięta, bo gdybym to ja miała podjąć decyzję, to pewnie kazałabym pilotowi wracać na ziemię. Byłam sparaliżowana i nawet utrata $300, nie przekonałyby mnie do tego żeby wyskoczyć.

Wdech, wydech, krzyk. Spadam i nie mogę otworzyć oczu. Pociągnięcie otwierającego się spadochronu. Płacz i znów krzyk. Zrobiłam to! Po 15 minutach dotknęłam stopami podłoża. Pustynnego piasku stanu Nevada… Viva Las Vegas. Mogę jeszcze raz?

Chyba dopiero po 3 godzinach wyrównał mi się oddech, serce zaczęło bić swoim rytmem, a nogi przestały trząść. Poziom adrenaliny znacznie spadł.

Następna walka z tym uzależniającym hormonem należała już tylko do mnie. Nie było za mną przypiętego instruktora, który skacze z samolotu 15 razy dziennie. Byłam ja, mój oddech, bicie serca i zasada – działaj, zanim mózg zorientuje się co robisz.

HAIKU STAIRS – Schody do nieba.

Nie pamiętam dokładnie kiedy o nich usłyszałam. Wiedziałam tylko jedno – jeśli kiedyś wyląduje na Oahu, stanę na ich szczycie.

1-IMG_1726

3. 922 stopnie – tyle trzeba było pokonać w przeszłości. Dziś? Ciężko powiedzieć. Mimo remontu z 2003 roku, konstrukcja jest w bardzo złej kondycji. Stopnie są luźne, niekiedy w ogóle ich brakuje.

Zostały wybudowane w latach 40, XX wieku na potrzeby amerykańskiej marynarki wojennej ( na szczycie stała antena radiowa, wysyłająca sygnały do okrętów marynarki podczas II wojny światowej ).  Zostały zamknięte w 1987 roku, a mimo to ( statystycznie ) zdobywa je dziennie 47 osób.

1-IMG_1741

Moje wyzwanie rozpoczęło się o 3:43 rano. Ja, mój host ( i przewodnik po wyspie ) oraz Australijczyk poznany kilka dni wcześniej, chcieliśmy podjąć ryzyko, które ewentualnie mogło nas kosztować $1200 i rozprawę sądową ( informuje o tym strażnik, który stoi przy schodach 24 godziny na dobę).

Było ciemno, a to pomagało w koncentracji. Nie rozglądałam się na boki, wspinaliśmy się w ciszy. Wdech, wydech – dasz radę. Rosa z poręczy była jak zbawienie. Nie musiałam marnować wody do picia żeby zwilżyć twarz. Kiedy szłam w górę, naprawdę nie wiele do mnie docierało. O 5:14 byliśmy na szczycie. Pierwsi, bo oczywiście niejedyni.  Kiedy słońce zaczęło wschodzić, dotarło do mnie gdzie jestem i co się wydarzyło – ot, kolejne spełnione marzenie. Które kosztowało mnie 100% koncentracji i pracy całego ciała. Bo idąc po stopniach, które zaraz mogą się zsunąć, musisz pracować nie tylko nogami, ale też rękami, które z całej siły wbijasz w barierkę, żeby nie spaść.

1-IMG_1700

Widok ze szczytu Pu’ u Keahi a Kahoe na którym zostały zamontowane schody

Adrenalina skoczyła jeszcze bardziej podczas schodzenia. Dokładnie widziałam już, jak wysoko jesteśmy i jak strome są góry wokół nas. Zaczęłam płakać, nie z lęku, a ze szczęścia. Trzęsłam się jak królik ( takiego porównania użył mój host, który był poruszony moją reakcją i szczęściem ).

Udało się – bez policji, bez mandatu. Z emocjami, których nie zapomnę do końca życia.

Teraz siedzę na łóżku na warszawskiej Pradze – Południe. Biorę oddech, patrzę na zdjęcia z Oahu i czuję, że żyję. Że oddycham, mam dwie ręce i dwie nogi. Jestem zdrowa. A jeśli jestem zdrowa, to wiem, że mogę wszystko. Wyskoczyć z samolotu, wejść po Schodach do Nieba. I zaplanować, kolejną przygodę, która sprawi, że oddech stanie się wyzwaniem.

(Wszystkie zdjęcia zostały wykonane już w drodze powrotnej, po wschodzie słońca.)

 

 

Nie proszę świata o wiele… Po prostu żyjmy ALOHA

felietony, moje podróże

1-IMG_1444.JPG

Wychodzisz z domu, biegniesz na autobus, wsiadasz do niego, wysiadasz, wchodzisz do budynku w którym się uczysz/ pracujesz. Ilu ludzi minąłeś po drodze? Ilu z nich spojrzałeś w oczy? Do kogo się uśmiechnąłeś?

Tak wyglądała moja rzeczywistość w Polsce. Słuchawki w uszy i życie w okół nie istnieje. Ja i mój świat: tysiące myśli, marzeń, wspomnień, planów…

W Stanach ludzie ze sobą rozmawiają, zagadują się w każdej sytuacji: czy to w sklepie, na placu zabaw, w kawiarni… Moja hostka nauczyła mnie, że nieznajomi to przyjaciele, których jeszcze nie poznaliśmy.

Kiedy leciałam sama na Hawaje, bałam się panicznie. Zostałam wychowana w kraju gdzie obcym się nie ufa, nie otwiera się im drzwi do domu i nie wsiada się z nimi do samochodu. (Chociaż te reguły wpajane są dzieciom w każdym kraju…!) Mimo to, powiedzenie mojej hostki biło w sercu. Było głośniejsze niż strach i reguły bezpieczeństwa powtarzane przez mamę od najmłodszych lat. Chciałam się otworzyć, chciałam sobie udowodnić, że ludzie nie są źli – co więcej, można im ufać. Mamo, przepraszam, że złamałam wszystkie te zasady, których mnie nauczyłaś. Może wybaczysz mi moja nieodpowiedzialność, kiedy zobaczysz jaka jestem szczęśliwa. Tylko czy w Polsce uda mi się utrzymać tę pozytywna energię? Czy Polacy mogą być bardziej aloha? Bo aloha, to coś więcej niż „dzień dobry” i „do widzenia”. To energia, którą ludzie przesyłają sobie przez uśmiech, otwartość i pomoc na każdym kroku. W tym wpisie chciałam podziękować wszystkim, którzy mi okazali ogrom wsparcia podczas mojej podróży po Hawajach. I mam nadzieję, że wszyscy odbiorcy tego tekstu, zastanowią się przez chwilę nad filozofią życia aloha.

Na początek dziękuje Ashley – połączyłaś mnie na facebook’ u ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, który mieszka na Kauai (jednej z wysp, na którą leciałam). Joey, Tobie dziękuję najbardziej. To Ty zorganizowałeś cały mój nocleg na Hawajach. Najpierw połączyłeś mnie z Liz i jej mężem, a potem z Ryanem ( u którego spałam w Honolulu). Poświęciłeś swój czas żeby skontaktować mnie ze swoimi znajomymi, zabrałeś na jazdę konna w swój jedyny dzień wolny, a potem odwiozłeś na lotnisko. Mahalo!

1-IMG_1939

Ryan… Przygarnąłeś mnie pod swój dach w ostatnim momencie. Miałam już ustalony couchsurfing na weekend i chciałam rezerwować hostel na pozostałe noce w Honolulu. Lądowałam w piątek, a wiadomość od Ciebie dostałam we wtorek. Zmieniłam plany na ostatnią chwilę i nie żałowałam tego ani przez minutę. Ale wiesz co Ci powiem? Trochę się bałam. W głowie pojawiały mi się czarne myśli. Ale przepraszam! To przez to co się dzieje na świecie, wiesz o czym mówię. Jeśli ktoś słyszy, że nieznajomy chłopak proponuje nocleg nieznajomej dziewczynie to na pewno nie robi tego „bezinteresownie”. Na szczęście na Hawajach nikt tak nie myśli. Jesteś najlepszym przewodnikiem po wyspie! Dziękuje, że zabrałeś mnie ze sobą na wycieczkę na północ. Dziękuję za pokazanie żółwi, za pływanie w wodospadzie, za paddle boarding, za lody w Dole Plantation. Nie miałabym takich pieniędzy żeby zapłacić za to wszystko. Ty po prostu wziąłeś mnie ze sobą do pracy. Dzięki Tobie poznałam Jess i Dan’a z Australii. Ale wiesz, za co dziękuje Ci najbardziej? Za to, że w jedyny dzień wolny od pracy, obudziłeś się o 2:30 w nocy, żeby zabrać mnie na Haiku Stairs – Schody do nieba. Dziękuję, że ryzykowałeś mandatem w wysokości $1200 i wezwaniem do sądu. Dziękuję, za najlepsza przygodę w moim życiu! Dziękuję Ci za to, ze nawet przez chwilę nie czułam się niekomfortowo śpiąc na twojej kanapie. Dosłownie i w przenośni. Chciałabym Cię jeszcze kiedyś zobaczyć. I ugotować gołąbki, jak robiła to Twoja Polska babcia. Mahalo Ryan!

1-IMG_1634

1-IMG_1744

1-IMG_1696

Australia, Polska, Hawaje

Ania! Dzięki wielkie, że znalazłaś czas żeby się ze mną spotkać! Polak swego znajdzie, nawet na końcu świata! Mahalo i ciesz się swoim doświadczeniem au pair w tropikach.

1-IMG_1506

Jess i Dan, Wam dziękuję za bycie moimi pierwszymi przyjaciółmi z Australii! Dziękuję za Wasz szykowny angielski i zabawny akcent! Jess, Tobie za lunch i opowieści o życiu w Brisbane, a Tobie Dan, ze dołączyłeś do mnie i Ryana, kiedy wspinaliśmy się po schodach do nieba. Byliśmy  naprawdę dobrym teamem. Ty i Ryan byliście obok mnie, kiedy spełnialam jedno z największych marzeń. Nigdy nie zapomnę, jak cali spoceni, umazani błotem, siedzieliśmy na krawężniku i podjechała policja, zapytać jak tam wspinaczka. „Ale jaka wspinaczka?” Sporo kasy zostało w kieszeni, co? Mahalo! A może raczej, „cheers, mates!”

Liz, Joye i Emma. Jesteście fantastyczną rodziną! Emma, dziękuję ze oddałaś mi swoją sypialnię na te kilka nocy na Kauai. Masz tylko 16 lat, a jesteś dojrzalsza niż niejeden dwudziestokilkulatek w moim kraju! Dziękuję za to, ze zabrałaś mnie na farmę, na której jesteś wolontariuszką. Podzieliłaś się ze mną swoim hobby, zmotywowałaś do tego żeby Ci pomóc w karmieniu zwierząt i koszeniu trawy. Wiesz, ze nigdy wcześniej nie trzymałam żywej kury? Otóż, to doświadczenie odhaczyłam na Hawajach. W miejscu gdzie normalni turyści leżą z drinem na plaży. Ale nie ja. Ja wolę mówić o sobie „podróżnik”.  A to znaczy, że odkrywam nowe miejsca oczami tubylców. Emma, moje akrylowe paznokcie ucierpiały dość mocno, ale tak bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Bo banan nie schodził mi z twarzy kiedy pracowałyśmy razem na farmie. Mahalo Liz, Joey i Emma, za to ze mogłam zostać Waszym gościem.

Chris, Lessie I Zac. Was poznałam przez aplikacje couchsurfing. Chris, dziękuję za zorganizowanie wydarzenia „Exploring Kauai”. Ja i trzech obcych chłopaków w jednym aucie: Hawajczyk, Niemiec, Polka i Amerykanin z Indiany. I zero zasięgu w telefonie, bo pojechaliśmy w góry,  zobaczyć Waimea kanion. I tak nieznajomi z internetu, stali się towarzyszami przygody na jeden dzień. A Lasse… Lasse wspinał się po Schodach do Nieba tego samego dnia co ja. Musieliśmy się minąć. Gdybym podniosła wzrok, gdybym bardziej przypatrywała się ludziom, gdybym się uśmiechnęła… Gdybym była bardziej alhoa w tamtym momencie, poznałabym Cię dwa dni wcześniej. Nie pamiętam Cię ze szczytu na Oahu, ale będę pamiętać z auta na Kauai. Powodzenia w dalszej podróży, bo wiem, ze Hawaje to tylko jeden przystanek w Twojej wyprawie do okola świata. Mahalo, chłopaki z coushsurfing’ u!

1-IMG_1773.JPG

1-IMG_1778

Aubrey Anne! Poznałam Cię w środę wieczorem (znów podziekowanie dla Joey’a!)  a już w piątek wspinałyśmy się razem na Napoli Coast! Błoto, pot, pokonywanie strumieni bez butów, skakanie po kamieniach i na koniec pływanie w wodospadzie! Poświęciłaś CAŁY wolny dzień żeby mnie tam zabrać! I nawet nie pozwoliłaś zapłacić za paliwo. Dziękuję Ci za ta przygodę i za to że podzieliłaś się swoim podróżniczym doświadczeniem. Mahalo Aubrey!

1-IMG_1835

1-IMG_1861

1-IMG_1850

1-IMG_1890

I jeszcze na koniec… Mahalo dziewczyno z auta! Szłam na przystanek autobusowy, na ulicy bez pobocza. Zatrzymałaś się i powiedziałaś, że to niezbyt bezpieczne i że chętnie mnie podrzucisz. Niby nic, ale w moim kraju ludzie nie zatrzymują się z własnej woli, tylko po to żeby komuś zaoferować przejażdżkę w trosce o jego bezpieczeństwo.

Pokazaliście mi jak żyć aloha. Jak robić coś dla innych, nie oczekując nic w zamian. Nauczyłam się prosić o pomoc i być za nią wdzięczna. Nauczyłam się uśmiechać do obcych. Nauczyłam się kochać ludzi. Dziś mam wrażenie, że to co się wydarzyło, to tylko sen. To nierealne mieć tyle szczęścia ile miałam ja, poznając was wszystkich.

I staliście się dla mnie tak ważni, a pewnie nigdy Was już nie zobaczę. Chciałabym się odwdzięczyć. I długo nie wiedziałam jak to zrobię. Ale dziś już wiem. Podzielę się moją historią z innymi, będę dawać im przykład, będę robić dla nich rzeczy nie oczekując że zrobią coś dla mnie. Będę żyć Aloha, tysiące kilometrów od hawajskiego raju. Dam światu to co dostałam od was.

Mahalo raz jeszcze!

Miasto Aniołów cz. 1

au pair w USA, moje podróże

Czasem chlapiemy jęzorem bez większego myślenia. Czasem piszemy teksty, które nikogo nie poruszają. A po co się odzywać, skoro nie ma się nic do powiedzenia? Po co pisać, kiedy brakuje słów? Wena odeszła na długie miesiące, bo nie umiałam wyrazić tego, co nie jeden film już pokazał, niejedna książka opisała i niejeden fotograf sfotografował. Dlaczego więc ktoś miałby mnie czytać?

To już ponad 100 dni odkąd po raz drugi opuściłam Los Angeles. (Przypomnę, że latem tam mieszkałam, a w październiku był to punkt początkowy mojego road trip po zachodnim wybrzeżu.) Może to już czas żeby uwierzyć, że tam byłam?

Lubisz stać w korku? Nie? To w LA polubisz. Nie ma dnia i nie ma godziny w której nie utkniesz. W nocy? W nocy roboty na autostradach dodadzą Ci jeszcze więcej czasu do podróży. Ale jest dobrze. Przecież to El Ej. I kiedy sobie uświadomisz, że to TY stoisz w korku, w tym samym korku, w którym za Tobą może stać Ben Affleck czy Johny Depp… Polubisz stać w korku.

I ja tam byłam. Mijałam restauracje, kluby, hotele, a nawet domy największych gwiazd na świecie. I słabo mnie obchodziło, gdzie Kardashianki jedzą lunch w swoim show, czy na który basen chodzi Justin Bieber. Dla mnie ważne było to, że I JA tam jestem. Urodzona w małym mieście w woj. Świętokrzyskim, wychowana na warszawskiej Pradze. Otoczona wysokimi palmami, rozgrzana przez kalifornijskie słońce, chłodzona przez bryzę Pacyfiku…

A to wszytko na Venice Beach i  Venice Boardwalk. To coś więcej niż promenada na plaży. To miejsce, które wystąpiło w setkach filmów i seriali ( m.in Słoneczny Patrol). Najwięcej szału robią tu street performance- tancerze, wokaliści, magicy i inne, przeróżne dziwadła. Ponad to rolkarze, deskorolkowcy, koszykarze i kulturyści (Muscle Beach) w jednym miejscu. Za pierwszym razem na plażę nawet nie dotarłam, bo nie wiedziałam od czego oczy oderwać. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że to właśnie w LA (mniej więcej na równi z Nowym Jorkiem) notuje się największą liczbę przestępstw. Dzięki temu bycie świadkiem policyjnego pościgu, przez furgonetkę i helikopter, również odhaczyłam na Venice. I to jeszcze bardziej spowodowało, że będąc na tej plaży czułam się jak bohaterka Hollywod’zkiego filmu.

1-img_7947

1-IMG_7972.JPG

1-img_7951

A jeśli o Hollywood mowa- czy wiedzieliście, że słynny znak na wzgórzu postawiono w celu marketingowym? „Hollywoodland” był reklamą jednej z firm deweloperskich i miał widnieć nad miastem tylko kilka miesięcy. Mieszkańcy szybko jednak przyzwyczaili się do kilkumetrowych liter i po kilkunastu latach postanowiono odciąć końcówkę „land”. W ten sposób napis przestał  kojarzyć się z dana firmą, a konkretną dzielnicą miasta. Moim celem nie była fotka ZE znakiem. Ja zawsze chcę więcej. I nie ja jedna, bo wiele osób postanawia „zdobyć” słynne wzgórze. Wędrówka jest dość prosta, ale ze względu na wysokie temperatury- męcząca. Mi zajęła około godziny.

1-img_8630

Będąc w Hollywood trzeba oczywiście przejść się Walk of Fame, czyli Aleją Gwiazd. Czy robi wrażenie? Średnio. Pośród tylu gwiazd ciężko znaleźć te, które interesowałyby najbardziej. Dla mnie byłyby to np. Johny Depp. Chyba, że zrobisz wcześniejszy research, przy którym sklepie, lub przy którym skrzyżowaniu znajduje się gwiazda, która Cię najbardziej interesuje. Nic mnie nie interesowało na tyle, żeby się fatygować. Sory, nawet Johny. Ale jakże istotny, jakże turystyczny, punkt Aleja Gwiazd – odhaczony.

1-img_7634

Ponad to, obalam mit, że to własnie w Hollywood mieszkają największe gwiazdy. Jest to raczej miejsce dla ludzi, którzy dopiero chcą się wybić, uczą się w szkołach aktorskich i codziennie biegają na inny casting. Ci, którzy sukces już odnieśli uciekają na obrzeża miasta, gdzie mogą zaznać choć trochę prywatności. Z ciekawostek powiem, że koleżanka au pair  z Thousands Oaks, odwoziła swoje dzieci do tej samej szkoły, co Britney Spears i niejednokrotnie miała okazje ją spotkać. A ja mam zdjęcie z Kasią Cichopek.

Ale to wszystko jest nieistotne, kiedy spełnia się jedno z Twoich największych serialowych marzeń. Otóż, mili moi- posadziłam swoje pośladki na tej samej kanapie, na której kawę pili PRZYJACIELE. Mówię teraz o wizycie w studiu Warner Bross. To tutaj wyprodukowano Harry’ ego Pottera, Batmana, Władcę Pierścieni, Kac Vegas, Teorię Wielkiego Podrywu, Przyjaciół, Pełną Chatę i setki, setki innych, kultowych filmów i seriali. Kilkugodzinna wycieczka po studiu kosztuje $65 i każdy wydany dolar jest warty emocji, których doświadczyłam trzymając w ręku prawdziwego Oscara i wchodząc na plan zdjęciowy TWP. Najwięcej łez polało się jednak w Central Perku, który został przeniesiony do innego budynku niż oryginalnie serial był kręcony. Ale co tam. Kanapa została ta sama. I moje pośladki też tam siedziały.

1-img_8615

1-img_8605

1-img_8616

I z tym pozytywnym akcentem zostawię Was na kilka dni. Może tydzień? Nadal jednak zostaniemy w Los Angeles!

Musze dawkować emocje, które się we mnie budzą kiedy patrzę na te zdjęcia. A i o Was się troszczę, bo chce żeby moje słowa, szczególnie te pisane, miały sens, były na temat i żeby czytanie mnie było przyjemnością, a nie karą (choć poloniści pewnie  i tak cierpią przez moje przecinki).

California dream…?

au pair w USA
14191304_1269062979779262_1795016348_o

Venice Beach, moje miejsc numer 1 w Los Angeles…

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach” – W. Allen.

Pamiętacie jak pisałam, że każdy medal ma dwie strony? Że w większości przypadków, to co widzimy w social media to ściema? Tak też trochę było w moim przypadku przez ostatnie kilka tygodni. Nie sugeruję, że Was okłamywałam. Po prostu wstyd mi się było przyznać do porażki (jeszcze wtedy tak o tym myślałam, dziś niczego nie żałuję). Mieszałam w Kalifornii, spełniłam swoje marzenie. Widzieliście zdjęcia na których tryskam optymizmem i pozornym szczęściem. A te kilka zdjęć, które mogliście oglądać, zrobione w ciągu jednego dnia wolnego, kosztowały mnie sześć dni stresu i siedem prawie nieprzespanych nocy…

Moja host rodzina z Kalifornii na początku wydawała się w porządku. Czułam, że nie będzie mi z nimi aż tak dobrze jak u poprzednich hostów, ale kluczem do sukcesu w byciu au pair i rodziną goszczącą jest KOMUNIKACJA. Myślałam, że jeśli przedyskutujemy kilka spraw, to wszystko będzie dobrze. Tym bardziej, że rodzice byli zadowoleni z mojej pracy z dziećmi, a ja uwielbiałam swoich podopiecznych.
Problemy z hostką zaczęły się kiedy zapytałam o jeden dzień wolny (poniedziałek 29.08) żebym mogła jechać z koleżankami do Las Vegas na moje urodziny. Wyjazd w sobotę, powrót w poniedziałek. Zgodziła się, ale zrobiła mi wielki wykład o tym, że jestem nieodpowiedzialna pytając czy mogę mieć wolne wtedy, kiedy ona zaczyna nową pracę (przy czym sama podkresliła, że nie wie kiedy dokładnie musi się tam stawić, ale ja mam być do jej dyspozycji, bo właśnie dlatego wzięła au pair). Pomyślałam „dobra, ok, trochę się popluła i jej przejdzie”. Później jednak stwierdziła, że nie da mi auta żebym mogła dojechać w sobotę rano do LA, skąd ruszał autobus (auto mogłoby zostać u koleżanki w domu na dwie noce). A dobrze wie, że transport publiczny z Newbury Park do LA nie istnieje. Ostentacyjnie bujając się na fotelu oznajmiła, że przecież mogę wziąć UBER ( do LA jakieś $80 przy czym autobus z LA do Vegas $30,) na który oczywiście mnie nie stać. Brakowało jej tylko kota na kolanach, żeby wyglądać jak Ojciec Chrzestny, szef wszystkich szefów, wielka pani domu, człowiek któremu odbija, bo pierwszy raz w życiu jest dla kogoś szefem. Ale ok. Pierwsza dziwna sytuacja, nie ma co się spinać, wiele au pair na większe problemy niż ja w tym czasie. (A dobra koleżanka powiedziała, że może mnie zawieźć do LA w sobotę i odebrać w poniedziałek, więc nie musiałam odwoływać urodzin w Vegas.)
Niestety z czasem konflikt zaczął narastać… Hostka zaczęła wyliczać mi wyjeżdżone mile, stwierdziła, że jeżdżę za często do LA i że najlepiej jak znajdę znajomych w okolicy to będę siedzieć na miejscu. No ręce mi opadły… Jeśli czytacie mnie już od dłuższego czasu to trochę mnie znacie- ja nie usiedzę na miejscu, nie jara mnie picie kawy w SBX i chodzenie z psiapsiółami po galerii handlowej. Ja gonię za przygodą, chce oskrywać nowe miejsca. LA jest magiczne pod tym względem. Dlatego tak bardzo chciałam tam być jak najczęściej. No a niestety na skypie przed ostatecznym matchem nie dogadaliśmy się w tej sprawie… Problem auta jest w USA problemem dużym, bo bez niego ani rusz. Brak auta= brak wolności… Zaczęłam się czuć jej więźniem- może pozwoli mi się spotakać ze znajomymi, a może nie….
Następne spiny były dość małe, ale zebrane w całość spowodowały, że musiałam zwołać rodzinny meeting- ja, on, ona. A z nim dogadywałam się całkiem dobrze. Udało nam się ustalić kompromis w sprawie auta… Kiedy jednak powiedziałam, że jest kilka kwestii, które z nią chciałam omówić i można by zmienić, ona wpadła w szał. Zaczęła na mnie krzyczeć, że to jej dom, jej zasady, zaczęła wkładać w moje usta rzeczy, których nie powiedziałam (Nawet on zwrócił jej uwagę, że wyolbrzymia. Za co biedaczek, ostro później oberwał.) Ostatecznie trzasnęła drzwiami i wyszła. A TERAZ UWAGA. Ja im powiedziałam „Uwielbiam Wasze dzieci, chciałabym zostać w Kalifornii, ale jeśli tak ma wyglądac nasza współpraca to ja mam okazję wracać do New Hampshire.” Tak! Moja hostka podczas wielu rozmów, powiedziała, że żałuję decyzji o rematchu i mogę do nich wracać, jeśli coś będzie nie tak.
I to była najtrudniejsza decyzja w moim życiu- wracać czy zostać? Kalifornia, życie w stresie, ale słońce cały rok, czy nudne NH, zima, ale dobra host rodzina i wielu, wielu znajomych, za którymi tak tęskniłam? Tamtego wieczoru zostawiłam tę decyzję hostom z Kalifornii, bo ja byłam za słaba żeby się zdecydować… Na szczęście już w niedzielę wyjeżdżali na camping, bo atmosfera w domu była okropna. Całą sobotę (rozmowa była w piątek) przesiedziałam w swoim pokoju, jadłam tylko kanapki PB&jelly, bo było je najszybciej zrobić, kiedy akurat ona byla w sklepie czy w ogrodzie. Wrócili w środę i powtórka z rozrywki. W czwartek natomiast jechali do San Diego. Rano pozwolili mi wziąć auto i jechać do koleżanki, 15 minut drogi. On zadzwonił do mnie już z auta, kiedy byli w drodze na kolejne wakacje. Usłyaszłam, że lepiej dla mnie jak będę szczęśliwa w NH. A z nią mijałam się rano w kuchni. Nawet nie miała odwagi mi tego powiedzieć osobiście. Nie dość, że zmusiła męża, to jeszcze telefonicznie. Dostałam czas do 21:00 żeby się spakować. Przy czym… Moja hostka z NH nie dała mi 100% odpowiedzi czy mogę do nich wrócić, bo nie była pewna kosztów ponownego wstąpienia do programu. Przez kilka godzin miałam w głowie wizję kolejnego rematchu, kolejnych skajpów z rodzinami i kolejnej przeprowadzki. To wszystko działo się jeszcze w domu koleżanki. Kiedy wsiadłam do samochodu, zaczęłam dosłowanie ryczeć, wyłączyłam radio i zaczęłam się modlić. Drugi raz odkąd byłam w Kaliforni, naprawdę szczerze się modliłam. Na podjeździe w „domu” odczytalam smsa od hostki z NH: „We can’t wait to have you back. You can come any time you want.”

Dzisiaj pisze dla Was z mojego pokoju w NH… Ciarki mnie przechodzą, mam łzy w oczach, bo to już prawie rok kiedy jestem w USA (9.09.2016). I moja historia zatoczyła krąg… Po roku piszę do Was z tego samego miejsca, z tego samego pokoju, i jestem z tą samą host rodziną. A plan był zupełnie inny. I Bóg okazał się najlepszym przyjacielem- najpierw się  uśmiał, ale nie zostawił mnie samej kiedy go potrzebowałam. Może wracając tutaj zrobiłam krok w tył. Może nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Może i mieszkam w najnudniejszym stanie USA. Ale jestem spokojna. Otoczona drugą rodziną i przyjaciółmi. Wracając tutaj, czuję się jakbym wróciła do domu po długiej podróży. A to przecież najlepszy znak, że to NH jest mi pisane. Mocno wierzę, w to, że ten jeden krok w tył szybko pozwoli mi zrobić dwa na przód. I dziś nie uważam, że poniosłam porażkę w Kalifornii. Czas przestać wiecznie obwiniać siebie, bo świat jest pełen dziwnych ludzi. Jeszcze dziwniejszych niż ja i moje przygody.

Boston, Massachusetts

au pair w USA, moje podróże

Przyznaj, na początku i tak dodasz „Mariusz Max Kolonko”… Boston, Massachusets…

13633341_1227775710574656_1774433505_o

Mówi się, że najciemniej jest zawsze pod latarnią i w przypadku relacji ja – Boston, całkowicie się z tym zgadzam. Mieszkałam jakieś 50 mil od miasta, lekko ponad godzinę jazdy autobusem. Byłam tam może ze cztery razy…? Jedno z najstarszych, a na pewno najbardziej historyczne miejsce w USA nie urzekło mnie ani trochę. Mimo to zawsze będę miała sentyment do Bostonu, bo w końcu jest stolicą Nowej Anglii, która stała się moim drugim domem. I wiecie co? Jeszcze tam wrócę! 😉

Zwiedzanie Bostonu nie jest niczym skomplikowanym. Wystarczy kilka godzin i wygodne buty- do najważniejszych atrakcji można dojść pieszo.

Zacznijmy spacerem po parku-  Boston Public Garden i Boston Commons. Miałam okazję tam spacerować i w zimę i w lato. Obie pory roku nadają miejscu niesamowity klimat… Niestety zapodziałam gdzieś zdjęcia z zimy, więc napawajcie swe oczy klimatem letnim 😉 (którego w Polsce chyba ostatnio brakuje, zgadza się? 😦 )

13662516_1227775737241320_1342796591_o

13663504_1227775727241321_1085572373_o

13662670_1227775757241318_520823377_o

Biblioteka publiczna w Bostonie to zupełnie inna bajka niż polskie biblioteki. Znajduje się w starym gmachu, dzięki czemu można w niej poczuć klimat niczym z Hogwartu. A malowniczy dziedziniec z fontanną to dobre miejsce na chwilę przerwy w nauce.

13646813_1227775723907988_1449166263_o

13616402_1227775730574654_554995643_o

Będąc w Bostonie nie można nie zajrzeć na Harvard – najstarszy uniwersytet w Ameryce Północnej oraz, według Akademickiego Rankingu Uniwersytetów Świata, najlepszy. Właściwie… Zero rewelacji 😀 Ludzie, którzy tam studiują wyglądają dość podobnie do nas: Dwie ręce, dwie nogi i oddychają też podobnie (choć od ilości dostarczonej ciału kofeiny, może trochę szybciej 😉 )… Bardzo im współczuję. Tyle lat spędzonych w książkach, potem jakaś korpo albo inny biznes. I gdzie w tym czas na życie? Mój ex host dad jest absolwentem Harvardu… Ale to nadal nie miejsce i czas na tego typu wywody.

Jeśli ktoś z Was pasjonuje się historią powinien podążać za Freedom Trail, czyli miejskim szlakiem, który prowadzi do najważniejszych historycznych miejsc w Bostonie. Zaczyna się w Boston Common, a kończy na Bunker Hill Monument. Ja wybrałam tylko kilka miejsc z listy, między innymi wspomniany już wcześniej Boston Common oraz hale- Faneuil Hall. W XVIII wieku było to miejsce spotkań czy publicznych wystąpień. Dziś można się tam obkupić w pamiątki i dobrze zjeść. Podobnie jak w znajdującym się nieopodal Quincy Market.

13663642_1227775700574657_190013574_o

Boston zdecydowanie można zwiedzić w jeden dzień. Lepiej tylko wybrać się transportem publicznym, bo parkowanie to koszt ok $40 za dzień.

A ja… Dziś zakochana w Cali, już planuję powrót na stare, nowo angielskie śmieci 😉

300 dni w USA!

au pair w USA, felietony

13521892_1218228664862694_6920371041783483708_n

Mam wrażenie, że jeszcze wczoraj siedziałam w moim pokoju, w Warszawie i pisałam post „100 dni przed wyjazdem”… Czas zwariował!

Mija już dziesiąty miesiąc odkąd jestem w Stanach, ale… już nie w New Hampshire. Wiele się pozmieniało w moim życiu i nareszcie przyszedł czas, żeby trochę o tym opowiedzieć.

W marcu moja rodzina goszcząca oznajmiła mi, że chcą zrezygnować z programu au pair. Byłam w szoku, bo nasze relacje były naprawdę dobre. Moi hości zdecydowali po prostu, że w wakacje chcą mieć nianię, która będzie bardziej „dyspozycyjna”, a nasz program ma pewne ograniczenia. Np. Nie mogę pracować więcej niż 10 godzin dziennie, maksymalnie 45 godzin w tygodniu i nie mogę zostać sama z dziećmi na noc. No i to im najbardziej przeszkadzało. Chcieli pracować z nianią, której te zasady by nie obejmowały. Szczerze? Gdybym mogła cofnąć czas, to bym im powiedziała, że ja pierdziele te zasady i dostosuje się do ich potrzeb. Tylko po to, by móc z nimi zostać. Ale stało się… Podjęłam decyzję, że nie wracam wcześniej do domu, tylko idę w rematch, a co więcej przedłużam program o pół roku. Czyli przyszło mi szukać nowej rodziny na 9 miesięcy – 3 do końca programu i 6 przedłużenia.

Podróże… podróże to całe moje życie. Zawsze tak mówiłam, zawsze tak uważałam. Ale ludzie się zmieniają, dojrzewają, zmieniają się priorytety. Już kiedyś pisałam, że moim największym lękiem w życiu jest monotonia. Przerażała mnie wizja skończenia studiów, pójścia do pracy, wzięcia kredytu do śmierci, gdzieś po drodze zamążpójścia i tyle… Przerażała mnie wizja normalności. Goniłam za przygodą, chciałam iść pod prąd, być inna niż wszyscy. Chciałam, mam. Jestem inna, podróżuje, spełniam marzenia. I płacę za to ogromną cenę, która nie jest wyznaczona w żadnej walucie.

Samotność czujesz w całym swoim ciele. Przechodzi cię impuls, który wychodzi gdzieś z serca, przechodzi przez ręce, żołądek, nogi, a kończy w paznokciach u stóp. W NH długo szukałam ludzi, którzy sprawią, że nie będę tego czuła. Ale w końcu ich znalazłam. Znalazłam nawet więcej niż się podziewałam. I zostawiłam. Bo ja gonię za przygodą… Chciałam, mam. Jestem w Kalifornii. Sama. I samotna. Z drugiej strony… Nikt mnie nie zatrzymał. A przecież mógł…

Ludzie mnie pytają „Czemu nie chcesz zostać w USA, skoro już udało Ci się wyjechać?” Otóż, moi drodzy. Podróże… podróże to całe moje życie. A nie przypominam sobie, żeby słowo „imigrant” było synonimem słowa „podróżnik”. Więc mam nadzieje, że ta krótka odpowiedź wszystko już wyjaśnia. Chce zwiedzać świat, odkrywać jego różnorodność i zdobywać doświadczenie. Nie uciekam z Polski, bo nie podoba mi się tam życie. Tam mam rodzinę, tam mam przyjaciół i tam jest mój dom. I zawsze będzie. Mogę podróżować tygodniami, miesiącami czy nawet latami… Ale to Polska będzie krajem, o którym powiem „dom”. I tylko z jednego powodu mogłabym ją zostawić… Ale jeszcze nikt mnie nigdzie nie zatrzymał…

300 dni za mną i 250 przede mną. Dam radę. Bo jak nie ja, to kto?

Czas leczy rany, a przede mną kolejne podróże. To motywuje do działania. Budzę się rano i powtarzam sobie, że nie każdy mógł być w tych wszystkich miejscach, które ja widziałam i przeżyć to co ja przeżyłam. W każdym dni szukam drobnych pozytywów- Cieszę się zapachem porannej kawy, chłodnym prysznicem w gorący dzień, szukam nowych książek, czy seriali…

W tym wpisie chodzi o to, żeby pokazać, że droga do sukcesu jest skomplikowana i wymaga wielu wyrzeczeń. Spełniam swoje marzenie- mieszkam w Kalifornii. Czy jestem szczęśliwa…? Przecież powinnam!

Nowa rodzina wydaje się w porządku. Dwoje dzieci: chłopiec (4), dziewczyna (14). Przytulną mam sypialnie, łazienkę dzielę z dziećmi, mam co jeść. Dam radę. Bo jak nie ja, to kto?

Key West, ostatni przystanek rejsu

au pair w USA, moje podróże

IMG_5842

Włączam Picasę 3, widzę zdjęcia, widzę pozującą na nich siebię. I nadal nie wierzę, że rejs, który był wielkim marzeniem, dziś jest już tylko wspomnieniem.

Ot, takie tam, pseudo głębokie intro do wpisu.

Key West – wyspa należąca do Florydy, jest najbardziej wysuniętym punktem na południe w USA. Spędziłyśmy tam zaledwie kilka godzin, ale jak zwykle z moją determinacją, udało mi się zobaczyć wszystko to, co wcześniej zaplanowałam.

„Florida, The sunshine state”? Raczej nie doświadczyłam tego na własnej skórze. Już w porcie zaczęło padać i z mijającym czasem padało coraz bardziej. Czułam, że ten dzień skończy się katarem stulecia! Ale było wyjście? Nie. Nie po to przemierzyłam tysiące kilometrów, żeby trochę wody zamknęło mnie na wycieczkowcu. Na szczęście dobra karma wraca do dobrych ludzi i żadnego kataru nie było 😉

Po wyjściu z portu chciałyśmy zapytać kogoś o drogę. Zazwyczaj najlepsi są do tego taksówkarze lub inni kierowcy. Tym razem padło na  kierowcę trolejbusa. I wiecie co się okazało? Nie tylko pan mówił biegle po polsku, ale również jako pasażerki „cruise” miałyśmy przejażdżki po wyspie za darmo! Czyli chociaż odrobinę uniknęłyśmy deszczu. Dojechałyśmy więc do Southernmost Point, a stamtąd chodziłyśmy już piechotą.

IMG_6051

Nie wiem czy wiecie, że popularna boja przy której wszyscy robią sobie zdjęcia, nie jest faktycznym „southernmost point”. Najbardziej wysuniętym na południe punktem w USA jest prywatna wyspa – Ballast Key, na którą turyści nie mają wstępu. Dlatego też, boja na Key West przejęła obowiązki prywatnej posiadłości i jest największą atrakcją turystyczną na wyspie. Stąd do Kuby jest już tylko 30 mil, a kierowca trolejbusa zażartował, że bliżej nam do Havany niż do Walmart’u. Co właściwie mogło być prawdą, a nie tylko sucharkiem, gdyż na wyspie nie widziałam żadnych amerykańskich hipermarketów.

IMG_5763.JPG

Jak w każdym turystycznym punkcie, swoje to zdjęcia trzeba odstać 😀 

Korzystając z tego, że wyszło słońce z Southernmost Point przeszłyśmy do domu Ernesta Hemingway’a, którego zwiedzanie kosztuje $13. Szybko podłączyłyśmy się pod grupę z przewodnikiem i mogłyśmy posłuchać trochę o historii tego miejsca. Oczywiście musiałam wybuchnąć wielkim entuzjazmem kiedy okazało się, że pisarz jako dziecko miał au pair. I w tym momencie cała grupa musiała wysłuchać MOJEJ historii 😉  Dom jest zachowany naprawdę bardzo dobrze, otoczony pięknym ogrodem. Niestety padała mi bateria, a zdjęć od koleżanki do dziś się nie doczekałam… 😦

IMG_5789

Ostatnim miejscem, które chciałam zobaczyć był Zachary Fort Park z pięknymi plażami i znanym z wielu zdjęć drogowskazem pokazującym odległości z Key West do największych miast świata. W tym momencie padało tak bardzo, że dosłownie biegłyśmy po parku, żeby tylko znaleźć jakieś miejsce gdzie można by było przeczekać kolejną ulewę. Na szczęście się udało i zdjęcie ze znakiem mam! Szkoda tylko, że poplażować nie było okazji…

IMG_5818

Zanim wróciłyśmy na statek wstąpiłyśmy jeszcze na kawę i tradycyjne cytrynowe ciasto – Key Lime Pie. Jest pyszne, ale tak słodkie, że kawy polecam nie dosładzać 😉

IMG_5837

Żałuję, że nie udało mi się dotrzeć do miejsca w którym kończy się droga numer 1, czyli autostrada ciągnąca się z Key West aż do Kanady (3813 km)! Widziałam znak z trolejbusa, ale pod koniec chodzenia byłyśmy tak mokre i wyczerpane, że postanowiłyśmy wrócić na statek wcześniej i nacieszyć się po raz ostatni darmową, niekończącą się szamą! Więc właściwie to nie, nie żałuję!

Byłam bardzo podekscytowana, że zobaczę Key West i strasznie rozczarowana pogodą! To miejsce jest idealne na wakacje dla takiej osoby jak ja, która woli wypić piwo w barze, zjeść kiełbasę i posłuchać szantów (mam na myśli PL, tutaj bardziej country), niż umierać w szpilkach w najlepszym klubie w mieście. Key West ma ten klimat! Cygaro, whiskey i świetna muzyka! Tak bardzo chciałabym tam spędzić więcej czasu! Ten dzień zdecydowanie obudził we mnie wspomnienia z wakacji w Jastrzębiej Górze, gdzie jako dziecko jeździłam z rodzicami. I wiecie co? Już planuje kolejne wakacje nad Bałtykiem! 😉

IMG_5836

IMG_5803

Bahama Mama!

au pair w USA, moje podróże

Spędziłam cztery dni w raju i z ręka na sercu, gdybym mogła cofnąć czas, nie zmieniłabym ani jednej sekundy z moich wakacji na Bahamach. Było po prostu idealnie.

Niemożliwe nie istnieje. Przekonuje się o tym na własnej skórze będąc w Stanach. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że ja – Emilia Kołodziej – będę sobie mogła pozwolić na wakacje na Bahamah (ba! REJS wycieczkowcem na Bahamy!) nie uwierzyłabym. Zawsze umiałam zaoszczędzić pieniądze na zaplanowane podróże, ale tym razem to przeszłam samą siebie 😉

Dobra, chyba trochę przesadzam… W gronie au pair rejsy są bardzo popularne bo a) nie są wcale takie drogie, znacznie tańsze niż w Europie b) można zobaczyć kilka miejsc w czasie jednej podróży c) nie wydaje się żadnej dodatkowej kasy na jedzenie, bo niektóre restauracje na statku otwarte są 24/7 i nawet kiedy cały dzień statek stoi w porcie i turyści mogą zejść na ląd, w każdej chwili można wrócić i zjeść na statku. A jedzenie…? Uwierzcie lub nie, ale Royal Caribbean zaspokoił każdą moją kulinarną fantazję…

Wycieczkowiec wyruszył w poniedziałek o 16:00 z portu w Miami, a do pierwszego punktu podróży dopłynęliśmy we wtorek o 7:00.

Pierwszy przystanek: Nassau, czyli stolica Bahamów.

IMG_5784

Bahamy to 700 wysp, z czego tylko 30 jest zamieszkałych. Należą one do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, czyli ich królową jest Elżbieta II. Ciekawe czy czasem tam wpada w odwiedziny i smaży się na plaży, popijając z kokosów Bahama Mama…?

IMG_6170

IMG_6013

Niektóre wyspy Bahamów, są typowo turystyczne i oprócz pięknych plaż, nie ma tam nic do robienia. Na Nassau toczy się jednak prawdziwe życie… Odchodzą dosłownie kilka kroków od portu, nie ma już kolorowych sklepików i kawiarenek. Bieda. To jedyne słowo, które opisze prawdziwe życie Bahamów. Powiem szczerze, że w ciągu tylko jednego dnia, który tam spędziłam, wolałam nacieszyć oczy, a nie znów przeżywać, jak biedni są niektórzy ludzie. Tego doświadczyłam w Indiach. W Nassau wolałam zobaczyć Paradise Island i wizytówkę wysp, czyli hotel Atlantis. Potem smażyć się z drinkiem na plaży.

IMG_5816

Port w Nassau i hotel Atlantis na wyspie Paradise

Drugiego dnia dopłynęliśmy na Coco Cay. Tutaj nikt nie mieszka. Jest to prywatna wyspa, na którą pływają tylko wycieczkowce. Czyli plażowanie w 100%. Dopiero tutaj zobaczyłam ilu turytów jest na naszym rejsie- ponad 2500 gości i wszyscy na jednej, malutkiej wyspie stworzyliśmy niezły tłum. Tego dnia nie mogliśmy wrócić na lunch na statek, bo na Coco Cay nie ma portu. Nasz wycieczkowiec zatrzymał się z dala od wyspy i znacznie mniejsza łódź zabierała turytów na wyspę i  z powrotem. Tym razem lunch, z całą obsługą przypłynął do turystów i był serwowany pod palmami… Mówiłam, że byłam w raju?

IMG_6481

IMG_6489

IMG_6235

IMG_6273

IMG_6448

IMG_6472

IMG_6494

Przy okazji postów o takich miejscach, uważam że zdjęcia oddają więcej, niż mogłabym wyrazić słowami…

A czwarty dzień zaczął się na Key West… Ale o tym kolejny wpis.

Welcome to Miami!

au pair w USA, moje podróże

Najpierw włączamy poniższy link w nowym oknie! 😉

 

YEP! Byłam na tych samych ulicach, tej samej plaży, słuchają sobie tej nutki!

Dlatego żeby wpis oddał lepszy klimat tych kilku dni spędzonych w Miami, polecam odtworzyć utwór 😉

IMG_5623

IMG_5491

Pierwsza zasada „podróżowania” do Miami – tam się nie podróżuje, tam się jedzie zresetować. Oprócz plaż i nocnych klubów nie ma miejsc, które warto „zwiedzić”. Dlatego byłam w szoku, kiedy na ulicy mijałam rodziny z dziećmi czy emerytów. Szczególnie Miami Beach to miejsce bardzo specyficzne. Zamieszkane głównie przez czarnoskórych, noszących na szyi złote łańcuchy, oraz posiadające „diamentowe” zęby mężczyzn, oraz ich prawie gołe, z biodrami i pośladkami tak dużymi, że praktycznie można na nich usiąść, czarnoskórych wybranek życia (bądź jednej nocy). Wszystko to zwieńczone tańcem, które owe pary uprawiają publicznie… godnym cenzury. Do tego głośna muzyka z każdego mijającego auta, z każdego inna. Welcome to Miami BEACH! (or maybe BITCH?).

IMG_5500

Ponad to, na Florydzie mieszka tulu Latynosów, że więcej razy powiedziałam tam „gracias” niż „thanks”. Kocham moją latynoską społeczność w NH, ale tam to już nie jest imigracja… Tam Latynosi przejęli cały stan 😉

Tak jak wspomniałam przy okazji wpisu o NYC, to co pokazane jest w filmach, to tylko połowa tego co w amerykańskich miastach dzieje się naprawdę… To trzeba przeżyć samemu 😉

IMG_5509

Nie ukrywajmy faktów- do Miami jeździ się głównie żeby imprezować. I wcale nie trzeba wydać na to fortuny. Na każdym kroku zaczepiają promotorzy, dzięki którym do klubu można wejść za darmo, albo po niższej cenie. Z moją travel buddy raz wyszłyśmy na imprezę organizowaną z hostelu, w którym się zatrzymałyśmy i raz z promotorem. Obie imprezy były bardzo przeciętne, mimo że organizowane w bardzo dobrych klubach. Muzyka house to raczej coś, co robi mi siekierę w głowie niż włącza imprezowy klimat. Tak więc moje imprezy szybko się kończyły, aczkolwiek nie żałuję bo fortuny na nie nie wydałam…

IMG_6556

Zdecydowanie większe wrażenie zrobiły na mnie koktajle w rozmiarze XXL, sprzedawane w każdej knajpie, (mamo, tato, nie czytajcie następnej części zdania) za który zapłaciłyśmy „jedynie” $57 :D. Dla podkreślenia tej ceny, następnego dnia stwierdziłyśmy, że nie pojedziemy na lotnisko uberem, bo $30 to stanowczo za drogo! 😀 Koniec końców, uciekł nam ostatni autobus i musiałyśmy zamówić uber… zapłaciłyśmy $7!! Tak, sharing + kod i wygrałyśmy życie.

Zanim jednak opuściłam Miami musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz….! Dać buzi delfinowi! 😉 Z delfinami w Miami można popływać w Miami Seaquarium. Pływanie, pływanie to koszt ponad $200, dlatego ja wykupiłam „dolphin encounter”, czyli mogłam go dotykać, nakarmić, dać buzi, ale nie mogłam wskoczyć na grzbiet i popłynąć hen w siną dal, na koniec basenu. Kosztowało mnie to $160 i zdjęcia na płycie $60. WARTO.

008_8

Na sam koniec dodam moje ulubione zdjęcie, które zrobiłam ze statku, wypływając z portu z Miami… ME GUSTA. A gdzie płynęłam…? O tym już niedługo 😉

IMG_5736

Obudzić się w mieście, które nigdy nie śpi…

au pair w USA, moje podróże
IMG_6002.JPG

Widok na Manhattan ze Statue Island.

Dziś zacznę od końca. A właściwie to od początku. W miejscu gdzie zaczęła się moja przygoda w USA.

New York City, czyli miasto, które nigdy nie śpi. Big Apple, Wielkie Jabłko…

Miasto, o którym napisano ponad 3000 piosenek. Miasto, które co roku odwiedza ponad 40 milionów turystów z całego świata. Miasto, w którym każdy z nas marzył obudzić się choć raz w życiu…

IMG_5744

Miałam około 7 lat kiedy wymyśliłam sobie, że będę żyć w Stanach. Potem trochę podrosłam i zdecydowałam, że może żyć to nie, ale odwiedzić na pewno. NYC było na pierwszym miejscu.

Pamiętacie złote myśli? Bardzo popularne w moich gimnazjalnych czasach. Taki jakby pamiętnik z pytaniami do przyjaciół. Ja na pytanie „Jakie jest Twoje największe marzenie?” zawsze odpowiadałam „Polecieć do NYC”. A że w Polsce raczej mówimy Nowy Jork, niż New York City, nie każdy wiedział, że mi chodzi o CITY ( Nowy Jork leży w stanie Nowy Jork, więc amerykanie zawsze używają CITY kiedy jadą do NYC, bo samo Nowy Jork to tylko stan i nie wiem czy ma sens, to co piszę?). Koleżanka zapytała więc, co to znaczy NYC, a jak jej wytłumaczyłam, to tylko się uśmiechnęła. Dziś, mam cichą nadzieję, że czyta mój wpis i widzi, że moje gimnazjalne marzenie się spełniło.

Kiedy oglądam polskie filmy czy seriale pokazujące Warszawę, zawsze się zastanawiam, gdzie jest to piękne miasto, które pokazują na ujęciach? W USA jest na odwrót. Filmy, których akcja toczy się w NYC, nie oddają nawet w połowie magii tego miejsca. NYC jest jak bajka, której nie da się opowiedzieć.

Właśnie dlatego tak długo czekałam z tym postem. Będąc tam trzy razy, nadal nie czuję się gotowa żeby o tym pisać. Tak daleko mi do znawców NYC, jak daleko stąd do Polski. Postanowiłam więc, że przede wszystkim podzielę się z Wami moimi zdjęciami i krótkimi przemyśleniami. Nie będę udawać, że wiem o NYC już wszystko. Bo cały czas mam wrażenie, że nie wiem jeszcze nic… Ciągle mi mało.

W ciągu moich trzech wycieczek udało mi się odwiedzić praktycznie wszystkie miejsca z mojej prywatnej listy MUST SEE.

Pierwszy raz NYC odwiedziłam we wrześniu, kiedy przyjechałam do training school. Wycieczka organizowana przez moją agencję, nie jest warta polecenia. Ale czego się spodziewać za $50? Większość czasu spędziliśmy w autokarze stojąc w korku. Wysiedliśmy w Battery Park, skąd widać Statuę Wolności. Następnie przeszliśmy na 9/11 National Memorial i mielismy chwilę wolnego czasu w downtown (Time Square i okolice). Niektóre au pair miały wykupiony wjazd na Top of the Rock, ale ja tę przyjemność zostawiłam na kolejny pobyt w NYC. Wiedziałam, że szybko tam wrócę.

IMG_4492

Battery Park

IMG_4503

9/11 National Memorial, fontanny na miejscu wież WTC

IMG_4702

Time Square po raz pierwszy

W grudniu Big Apple odwiedziłam z moją host rodziną. Mimo, że popołudniami pracowałam, miałam trochę czasu dla siebie. Tak bardzo się cieszę, że mogłam tam być w okresie świątecznym! Pogoda była idealna żeby spacerować, a miasto wyglądało magicznie!

IMG_5046.JPG

IMG_5037

IMG_5045

IMG_5163

The Rink,  Rockefeller Center i choinka z „Kevina”

Tylko nie wiem co ja sobie wtedy myślałam zakładając buty na obcasie? Że niby jestem Carrie Bradshaw? Że niby Sex and the City? Ha ha ha. Ha. Dziś się śmieje, wtedy cierpiałam. I długo leczyłam odciski 😀

Na początku wjechałam na Top of the Rock (za bilet zapłaciłam bodajże $25) z którego rozpościera się panorama na całe miasto. Zapiera dech w piersiach, co?

IMG_5533

IMG_5534

Po południu moja HF zabrała mnie na przedstawienie do Radio City Music Hall, na „The Rockettes Show”, czyli świąteczny musical. Teoretycznie wiele elementów dla dzieci. A ja ze wzruszenie płakałam kilka razy. Hosta lekko się ze mnie śmiejąc, tylko podawała mi chusteczki.

IMG_5047

IMG_5423

Wieczorem natomiast płakałam jeszcze więcej, a to z okazji kolacji w Ellen’s Stardust Diner. Knajpie, gdzie kelnerzy którzy Cię obsługują, śpiewają nie gorzej od artystów z Brodway’u. Naprawdę niesamowite miejsce, czekaliśmy w kolejce jakieś 30 minut, ale było warto! Byłam tak tym wszystkim wzruszona i podekscytowana, że nie mogłam przełykać. Wtedy moja hostka też miała łzy w oczach. Chyba było jej miło, że zwykłą (dla nich zwykłą, a dla mnie spełnieniem nastoletnich marzeń) wycieczką może mnie tak uszczęśliwić.

Nastepnego dnia udało mi się spotkać z Magdą, au pair z NYC. Poznałam ją dzięki grupie na facebook’u „Polskie au pair w USA”. Uwielbiam tę grupę. To cudowne, jak kilka tysięcy młodych Polaków mieszkających w Stanach wspiera się nawzajem, daje sobie rady oraz umawia na spotkania w ciemno. „Hej, jestem w NYC, ktoś chce się spotkać?”. Tak to działa. Niby obcy ludzie, a czasem czuję się jakbym znała ich wszystkich. Dziękuję Wam za to!

Z Magdą znalazłam dom z „Przyjaciół” (róg Grove St i Bedford St na Greewich Village) i Carrie z Seksu w Wielkim Mieście (66 Perry Street).

IMG_5742

IMG_5743

Wspominałam Wam jak ważną częścią mojego życia są „Przyjaciele”? Tak. Ten serial pomógł mi się podnieść kiedy myślałam, że już nie dam rady. Mogę oglądać ich w kółko i kółko, mimo że dialogi znam już na pamięć. I tak, pod tym blokiem też płakałam. Ach, ten NYC!

Później odwiedziłyśmy Brooklyn Bridge i Grand Central Station.

IMG_5747

IMG_5749

Ostatni raz byłam w NYC w zeszły poniedziałek. Na tę okazję zostawiłam sobie wiśienkę na torcie, czyli… Statuę Wolności. Rejs z Manhattanu to koszt $18, jeśli chce się wejść na piedestał $25.

IMG_6053

Wieczorem poszłam na Finding Neverland, show na Brodway’u. Kosztowało mnie to jedynie $83, czyli 50% wartości biletu, ponieważ kupiłam go w dzień przedstawienia w kasach na Time Square ( https://www.tdf.org/nyc/81/TKTS-Live ). I wiecie co? Płakałam. Uważam, że $160 za bilet to cena jak najbardziej odpowiednia. Muzyka, dekoracje, talent aktorów… Nie mogę znaleźć takich słów, żeby to opisać. Jeśli jesteście w NYC, po prostu idzćie na Brodway, a nie będziecie żałować.

Na zakończenie może trochę Was zaskoczę. Mimo że to miasto doprowadziło mnie do łez niezliczoną ilość razy, to nie mogłabym tam mieszkać. Wygórowane ceny, zakorkowane ulice, tłum ludzi, często niesympatycznych, zwyzywających cię od bitch, za to że dosłownie musnęłaś go ramieniem. Pilnowanie torebki i kontrola co 3 minuty czy wszystko w niej jest… A przede wszystkim brak swobodnego oddechu, który mieszkając nad oceanem mam każdego dnia. Nowy Jork mnie dusi. W New Hampshire oddycham pełną piersią. I mimo że to miejsce też przyjdzie mi wkrótce opuścić, jestem pewna, że znów będę mieszkać nad oceanem…