W tle Wielkiego Kanionu

felietony, moje podróże

Stanąć na krawędzi Wielkiego Kanionu. Jedno z moich największych marzeń, top of my „must do before I die”. Ile to już czasu minęło od kiedy ten moment jest już tylko wspomnieniem…? Nie ważne. Bo takich rzeczy się nie zapomina.

1-IMG_9420

 

Przynajmniej ja nie zapomnę. Nie na wszystkich robi on takie wrażenie, jak na mnie. Ale to oczywiste – wszyscy jesteśmy inni. Jedni marzą, by mieszkać w Nowym Jorku, a ja… Boże, tylko nie tam!

Byłam z grupą innych au pair. Nasz przewodnik kazał nam zamknąć oczy przed wejściem do parku i otworzyć dopiero na jego znak, kiedy faktycznie staniemy na krawędzi. Nie wiem skąd we mnie ta kurewska wrażliwość, ale byłam jedyną, która się popłakała. Może to głupie, ale jak wiecie ja ryczę często. Najczęściej ze szczęścia. To był jeden z tych przypadków.

Prawie 2000 metrów w dół, 446 kilometrów długości. JA. I cisza. A może tylko mi się wydawało, że jest cicho, bo to miejsce odwiedza co roku tysiące turystów. Ale w tym momencie byłam tylko ja i Wielki Kanion. Nawet głosy w moje głowie przestały do mnie mówić. Zajęło mi kilkanaście minut żeby sobie uświadomić, że tam jestem. Zdjęcie, zdjęcie, muszę zrobić zdjęcie… Nie, no kurwa, żadne nie jest dobre. Naprawdę, żadne. Możecie go sobie googlować, oglądać zdjęcia z najlepszych lustrzanek, ale nic nie uchwyci jego potęgi.

Usłyszałam kiedyś pewną wypowiedź, pewnego człowieka, której za cholerę nie mogę teraz znaleźć, ale brzmiała ona mniej więcej tak: ” Jeśli masz wątpliwości, że Bóg istnieje, to nigdy nie stałeś na krawędzi Wielkiego Kanionu „. Moja chrześcijańska wiara była wtedy na etapie ciekawości i odkrywania, ale to właśnie tam zdecydowałam, że ponownie przyjmę Chrzest Święty. W pełni świadomie, w wierze ewangelickiej. Chrzest odbył się 18 grudnia 2016 w oceanie Atlantyckim…

1-15391031_1377682575583968_4549212145413466571_n

Zdałam sobie sprawę, jak mali jesteśmy w stosunku świata. Nasze życie to tylko moment, który na końcu nie znaczy nic. Wszyscy skończymy w tym samym piachu. Jesteśmy tłem dla wszechświata, dla tego pieprzonego Kanionu. Dlaczego więc nie cieszyć się każdą daną nam chwilą? Nie zawsze są ku temu powody, jasne. Złamane serce, beznadziejna sytuacja w pracy. Ale dostaliśmy od Boga możliwość podejmowania decyzji. Jeśli nie lubisz swojej pracy, to ją zmień. Jeśli masz złamane serce, spędzaj jak najwięcej czasu z przyjaciółmi, a o bólu pomyśl jutro ( tę radę też skądś przytaczam ). My Polacy, urodziliśmy się w kraju z niesamowitą historią. Od zawsze ktoś nam dawał po dupie. Teraz właściwie też. Dlaczego jako grupa potrafimy walczyć, bronić się, protestować? A jako jednostki narzekamy na wszystko dookoła? Wszystko zaczyna się w Twojej głowie. Nie jestem kolejną blogerką, która stara się wrzucać pseudo – niczym nieuzasadnione – motywacyjne bzdury. Coś w życiu przeżyłam, czym nie jestem w stanie się dzielić. Możecie mi wierzyć, lub też nie. Wszystkie nasze problemy zaczynają się w głowie. Naprawdę mamy dar kontroli naszego mózgu, więc korzystajmy z tego i myślmy pozytywnie. Dostrzegaj małe rzeczy i ciesz się nimi. To nie jest tak, że mi wszystko przychodzi bez przeszkód. Staram się jednak myśleć, że każda z nich po coś mi się przytrafia i w moich „porażkach” jest większy sens. Czasem ukryty, ale jest.

Wielki Kanion… To zdecydowanie moje najpiękniejsze ” hello” i najtrudniejsze „good bye”… Kilka godzin rozmyślań patrząc w jego głębie i słuchając wyimaginowanej ciszy. Przysięgam, była cisza.

1-IMG_9424

Reklamy

Po schodach do nieba

felietony, moje podróże

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech. I tak 25 tysięcy razy dziennie. Łatwe, prawda?

A może nie do końca? Czy możesz zapomnieć jak oddychać?

 

Prawidłowego oddychania uczy się na jodze, czy w szkole rodzenia. Albo na szkoleniu przed skokiem ze spadochronem…

DCIM999GOPRO

Skok z widokiem na legendarne Las Vegas

Tak – możesz zapomnieć jak oddychać. Ja mogłam. Kiedy otworzyły się drzwi do samolotu, z którego zaraz miałam wyskoczyć. 7 tysięcy stóp nad ziemią, czyli ponad 2000 metrów. Adrenalina zawładnęła całym ciałem na tyle, że nawet tak podstawowa czynność stała się wyzwaniem. Dzięki Bogu – zostałam z tego samoloty wypchnięta, bo gdybym to ja miała podjąć decyzję, to pewnie kazałabym pilotowi wracać na ziemię. Byłam sparaliżowana i nawet utrata $300, nie przekonałyby mnie do tego żeby wyskoczyć.

Wdech, wydech, krzyk. Spadam i nie mogę otworzyć oczu. Pociągnięcie otwierającego się spadochronu. Płacz i znów krzyk. Zrobiłam to! Po 15 minutach dotknęłam stopami podłoża. Pustynnego piasku stanu Nevada… Viva Las Vegas. Mogę jeszcze raz?

Chyba dopiero po 3 godzinach wyrównał mi się oddech, serce zaczęło bić swoim rytmem, a nogi przestały trząść. Poziom adrenaliny znacznie spadł.

Następna walka z tym uzależniającym hormonem należała już tylko do mnie. Nie było za mną przypiętego instruktora, który skacze z samolotu 15 razy dziennie. Byłam ja, mój oddech, bicie serca i zasada – działaj, zanim mózg zorientuje się co robisz.

HAIKU STAIRS – Schody do nieba.

Nie pamiętam dokładnie kiedy o nich usłyszałam. Wiedziałam tylko jedno – jeśli kiedyś wyląduje na Oahu, stanę na ich szczycie.

1-IMG_1726

3. 922 stopnie – tyle trzeba było pokonać w przeszłości. Dziś? Ciężko powiedzieć. Mimo remontu z 2003 roku, konstrukcja jest w bardzo złej kondycji. Stopnie są luźne, niekiedy w ogóle ich brakuje.

Zostały wybudowane w latach 40, XX wieku na potrzeby amerykańskiej marynarki wojennej ( na szczycie stała antena radiowa, wysyłająca sygnały do okrętów marynarki podczas II wojny światowej ).  Zostały zamknięte w 1987 roku, a mimo to ( statystycznie ) zdobywa je dziennie 47 osób.

1-IMG_1741

Moje wyzwanie rozpoczęło się o 3:43 rano. Ja, mój host ( i przewodnik po wyspie ) oraz Australijczyk poznany kilka dni wcześniej, chcieliśmy podjąć ryzyko, które ewentualnie mogło nas kosztować $1200 i rozprawę sądową ( informuje o tym strażnik, który stoi przy schodach 24 godziny na dobę).

Było ciemno, a to pomagało w koncentracji. Nie rozglądałam się na boki, wspinaliśmy się w ciszy. Wdech, wydech – dasz radę. Rosa z poręczy była jak zbawienie. Nie musiałam marnować wody do picia żeby zwilżyć twarz. Kiedy szłam w górę, naprawdę nie wiele do mnie docierało. O 5:14 byliśmy na szczycie. Pierwsi, bo oczywiście niejedyni.  Kiedy słońce zaczęło wschodzić, dotarło do mnie gdzie jestem i co się wydarzyło – ot, kolejne spełnione marzenie. Które kosztowało mnie 100% koncentracji i pracy całego ciała. Bo idąc po stopniach, które zaraz mogą się zsunąć, musisz pracować nie tylko nogami, ale też rękami, które z całej siły wbijasz w barierkę, żeby nie spaść.

1-IMG_1700

Widok ze szczytu Pu’ u Keahi a Kahoe na którym zostały zamontowane schody

Adrenalina skoczyła jeszcze bardziej podczas schodzenia. Dokładnie widziałam już, jak wysoko jesteśmy i jak strome są góry wokół nas. Zaczęłam płakać, nie z lęku, a ze szczęścia. Trzęsłam się jak królik ( takiego porównania użył mój host, który był poruszony moją reakcją i szczęściem ).

Udało się – bez policji, bez mandatu. Z emocjami, których nie zapomnę do końca życia.

Teraz siedzę na łóżku na warszawskiej Pradze – Południe. Biorę oddech, patrzę na zdjęcia z Oahu i czuję, że żyję. Że oddycham, mam dwie ręce i dwie nogi. Jestem zdrowa. A jeśli jestem zdrowa, to wiem, że mogę wszystko. Wyskoczyć z samolotu, wejść po Schodach do Nieba. I zaplanować, kolejną przygodę, która sprawi, że oddech stanie się wyzwaniem.

(Wszystkie zdjęcia zostały wykonane już w drodze powrotnej, po wschodzie słońca.)

 

 

Nie proszę świata o wiele… Po prostu żyjmy ALOHA

felietony, moje podróże

1-IMG_1444.JPG

Wychodzisz z domu, biegniesz na autobus, wsiadasz do niego, wysiadasz, wchodzisz do budynku w którym się uczysz/ pracujesz. Ilu ludzi minąłeś po drodze? Ilu z nich spojrzałeś w oczy? Do kogo się uśmiechnąłeś?

Tak wyglądała moja rzeczywistość w Polsce. Słuchawki w uszy i życie w okół nie istnieje. Ja i mój świat: tysiące myśli, marzeń, wspomnień, planów…

W Stanach ludzie ze sobą rozmawiają, zagadują się w każdej sytuacji: czy to w sklepie, na placu zabaw, w kawiarni… Moja hostka nauczyła mnie, że nieznajomi to przyjaciele, których jeszcze nie poznaliśmy.

Kiedy leciałam sama na Hawaje, bałam się panicznie. Zostałam wychowana w kraju gdzie obcym się nie ufa, nie otwiera się im drzwi do domu i nie wsiada się z nimi do samochodu. (Chociaż te reguły wpajane są dzieciom w każdym kraju…!) Mimo to, powiedzenie mojej hostki biło w sercu. Było głośniejsze niż strach i reguły bezpieczeństwa powtarzane przez mamę od najmłodszych lat. Chciałam się otworzyć, chciałam sobie udowodnić, że ludzie nie są źli – co więcej, można im ufać. Mamo, przepraszam, że złamałam wszystkie te zasady, których mnie nauczyłaś. Może wybaczysz mi moja nieodpowiedzialność, kiedy zobaczysz jaka jestem szczęśliwa. Tylko czy w Polsce uda mi się utrzymać tę pozytywna energię? Czy Polacy mogą być bardziej aloha? Bo aloha, to coś więcej niż „dzień dobry” i „do widzenia”. To energia, którą ludzie przesyłają sobie przez uśmiech, otwartość i pomoc na każdym kroku. W tym wpisie chciałam podziękować wszystkim, którzy mi okazali ogrom wsparcia podczas mojej podróży po Hawajach. I mam nadzieję, że wszyscy odbiorcy tego tekstu, zastanowią się przez chwilę nad filozofią życia aloha.

Na początek dziękuje Ashley – połączyłaś mnie na facebook’ u ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, który mieszka na Kauai (jednej z wysp, na którą leciałam). Joey, Tobie dziękuję najbardziej. To Ty zorganizowałeś cały mój nocleg na Hawajach. Najpierw połączyłeś mnie z Liz i jej mężem, a potem z Ryanem ( u którego spałam w Honolulu). Poświęciłeś swój czas żeby skontaktować mnie ze swoimi znajomymi, zabrałeś na jazdę konna w swój jedyny dzień wolny, a potem odwiozłeś na lotnisko. Mahalo!

1-IMG_1939

Ryan… Przygarnąłeś mnie pod swój dach w ostatnim momencie. Miałam już ustalony couchsurfing na weekend i chciałam rezerwować hostel na pozostałe noce w Honolulu. Lądowałam w piątek, a wiadomość od Ciebie dostałam we wtorek. Zmieniłam plany na ostatnią chwilę i nie żałowałam tego ani przez minutę. Ale wiesz co Ci powiem? Trochę się bałam. W głowie pojawiały mi się czarne myśli. Ale przepraszam! To przez to co się dzieje na świecie, wiesz o czym mówię. Jeśli ktoś słyszy, że nieznajomy chłopak proponuje nocleg nieznajomej dziewczynie to na pewno nie robi tego „bezinteresownie”. Na szczęście na Hawajach nikt tak nie myśli. Jesteś najlepszym przewodnikiem po wyspie! Dziękuje, że zabrałeś mnie ze sobą na wycieczkę na północ. Dziękuję za pokazanie żółwi, za pływanie w wodospadzie, za paddle boarding, za lody w Dole Plantation. Nie miałabym takich pieniędzy żeby zapłacić za to wszystko. Ty po prostu wziąłeś mnie ze sobą do pracy. Dzięki Tobie poznałam Jess i Dan’a z Australii. Ale wiesz, za co dziękuje Ci najbardziej? Za to, że w jedyny dzień wolny od pracy, obudziłeś się o 2:30 w nocy, żeby zabrać mnie na Haiku Stairs – Schody do nieba. Dziękuję, że ryzykowałeś mandatem w wysokości $1200 i wezwaniem do sądu. Dziękuję, za najlepsza przygodę w moim życiu! Dziękuję Ci za to, ze nawet przez chwilę nie czułam się niekomfortowo śpiąc na twojej kanapie. Dosłownie i w przenośni. Chciałabym Cię jeszcze kiedyś zobaczyć. I ugotować gołąbki, jak robiła to Twoja Polska babcia. Mahalo Ryan!

1-IMG_1634

1-IMG_1744

1-IMG_1696

Australia, Polska, Hawaje

Ania! Dzięki wielkie, że znalazłaś czas żeby się ze mną spotkać! Polak swego znajdzie, nawet na końcu świata! Mahalo i ciesz się swoim doświadczeniem au pair w tropikach.

1-IMG_1506

Jess i Dan, Wam dziękuję za bycie moimi pierwszymi przyjaciółmi z Australii! Dziękuję za Wasz szykowny angielski i zabawny akcent! Jess, Tobie za lunch i opowieści o życiu w Brisbane, a Tobie Dan, ze dołączyłeś do mnie i Ryana, kiedy wspinaliśmy się po schodach do nieba. Byliśmy  naprawdę dobrym teamem. Ty i Ryan byliście obok mnie, kiedy spełnialam jedno z największych marzeń. Nigdy nie zapomnę, jak cali spoceni, umazani błotem, siedzieliśmy na krawężniku i podjechała policja, zapytać jak tam wspinaczka. „Ale jaka wspinaczka?” Sporo kasy zostało w kieszeni, co? Mahalo! A może raczej, „cheers, mates!”

Liz, Joye i Emma. Jesteście fantastyczną rodziną! Emma, dziękuję ze oddałaś mi swoją sypialnię na te kilka nocy na Kauai. Masz tylko 16 lat, a jesteś dojrzalsza niż niejeden dwudziestokilkulatek w moim kraju! Dziękuję za to, ze zabrałaś mnie na farmę, na której jesteś wolontariuszką. Podzieliłaś się ze mną swoim hobby, zmotywowałaś do tego żeby Ci pomóc w karmieniu zwierząt i koszeniu trawy. Wiesz, ze nigdy wcześniej nie trzymałam żywej kury? Otóż, to doświadczenie odhaczyłam na Hawajach. W miejscu gdzie normalni turyści leżą z drinem na plaży. Ale nie ja. Ja wolę mówić o sobie „podróżnik”.  A to znaczy, że odkrywam nowe miejsca oczami tubylców. Emma, moje akrylowe paznokcie ucierpiały dość mocno, ale tak bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Bo banan nie schodził mi z twarzy kiedy pracowałyśmy razem na farmie. Mahalo Liz, Joey i Emma, za to ze mogłam zostać Waszym gościem.

Chris, Lessie I Zac. Was poznałam przez aplikacje couchsurfing. Chris, dziękuję za zorganizowanie wydarzenia „Exploring Kauai”. Ja i trzech obcych chłopaków w jednym aucie: Hawajczyk, Niemiec, Polka i Amerykanin z Indiany. I zero zasięgu w telefonie, bo pojechaliśmy w góry,  zobaczyć Waimea kanion. I tak nieznajomi z internetu, stali się towarzyszami przygody na jeden dzień. A Lasse… Lasse wspinał się po Schodach do Nieba tego samego dnia co ja. Musieliśmy się minąć. Gdybym podniosła wzrok, gdybym bardziej przypatrywała się ludziom, gdybym się uśmiechnęła… Gdybym była bardziej alhoa w tamtym momencie, poznałabym Cię dwa dni wcześniej. Nie pamiętam Cię ze szczytu na Oahu, ale będę pamiętać z auta na Kauai. Powodzenia w dalszej podróży, bo wiem, ze Hawaje to tylko jeden przystanek w Twojej wyprawie do okola świata. Mahalo, chłopaki z coushsurfing’ u!

1-IMG_1773.JPG

1-IMG_1778

Aubrey Anne! Poznałam Cię w środę wieczorem (znów podziekowanie dla Joey’a!)  a już w piątek wspinałyśmy się razem na Napoli Coast! Błoto, pot, pokonywanie strumieni bez butów, skakanie po kamieniach i na koniec pływanie w wodospadzie! Poświęciłaś CAŁY wolny dzień żeby mnie tam zabrać! I nawet nie pozwoliłaś zapłacić za paliwo. Dziękuję Ci za ta przygodę i za to że podzieliłaś się swoim podróżniczym doświadczeniem. Mahalo Aubrey!

1-IMG_1835

1-IMG_1861

1-IMG_1850

1-IMG_1890

I jeszcze na koniec… Mahalo dziewczyno z auta! Szłam na przystanek autobusowy, na ulicy bez pobocza. Zatrzymałaś się i powiedziałaś, że to niezbyt bezpieczne i że chętnie mnie podrzucisz. Niby nic, ale w moim kraju ludzie nie zatrzymują się z własnej woli, tylko po to żeby komuś zaoferować przejażdżkę w trosce o jego bezpieczeństwo.

Pokazaliście mi jak żyć aloha. Jak robić coś dla innych, nie oczekując nic w zamian. Nauczyłam się prosić o pomoc i być za nią wdzięczna. Nauczyłam się uśmiechać do obcych. Nauczyłam się kochać ludzi. Dziś mam wrażenie, że to co się wydarzyło, to tylko sen. To nierealne mieć tyle szczęścia ile miałam ja, poznając was wszystkich.

I staliście się dla mnie tak ważni, a pewnie nigdy Was już nie zobaczę. Chciałabym się odwdzięczyć. I długo nie wiedziałam jak to zrobię. Ale dziś już wiem. Podzielę się moją historią z innymi, będę dawać im przykład, będę robić dla nich rzeczy nie oczekując, że zrobią coś dla mnie. Będę żyć Aloha, tysiące kilometrów od hawajskiego raju. Dam światu to, co dostałam od was.

Mahalo raz jeszcze!

300 dni w USA!

au pair w USA, felietony

13521892_1218228664862694_6920371041783483708_n

Mam wrażenie, że jeszcze wczoraj siedziałam w moim pokoju, w Warszawie i pisałam post „100 dni przed wyjazdem”… Czas zwariował!

Mija już dziesiąty miesiąc odkąd jestem w Stanach, ale… już nie w New Hampshire. Wiele się pozmieniało w moim życiu i nareszcie przyszedł czas, żeby trochę o tym opowiedzieć.

W marcu moja rodzina goszcząca oznajmiła mi, że chcą zrezygnować z programu au pair. Byłam w szoku, bo nasze relacje były naprawdę dobre. Moi hości zdecydowali po prostu, że w wakacje chcą mieć nianię, która będzie bardziej „dyspozycyjna”, a nasz program ma pewne ograniczenia. Np. Nie mogę pracować więcej niż 10 godzin dziennie, maksymalnie 45 godzin w tygodniu i nie mogę zostać sama z dziećmi na noc. No i to im najbardziej przeszkadzało. Chcieli pracować z nianią, której te zasady by nie obejmowały. Szczerze? Gdybym mogła cofnąć czas, to bym im powiedziała, że ja pierdziele te zasady i dostosuje się do ich potrzeb. Tylko po to, by móc z nimi zostać. Ale stało się… Podjęłam decyzję, że nie wracam wcześniej do domu, tylko idę w rematch, a co więcej przedłużam program o pół roku. Czyli przyszło mi szukać nowej rodziny na 9 miesięcy – 3 do końca programu i 6 przedłużenia.

Podróże… podróże to całe moje życie. Zawsze tak mówiłam, zawsze tak uważałam. Ale ludzie się zmieniają, dojrzewają, zmieniają się priorytety. Już kiedyś pisałam, że moim największym lękiem w życiu jest monotonia. Przerażała mnie wizja skończenia studiów, pójścia do pracy, wzięcia kredytu do śmierci, gdzieś po drodze zamążpójścia i tyle… Przerażała mnie wizja normalności. Goniłam za przygodą, chciałam iść pod prąd, być inna niż wszyscy. Chciałam, mam. Jestem inna, podróżuje, spełniam marzenia. I płacę za to ogromną cenę, która nie jest wyznaczona w żadnej walucie.

Samotność czujesz w całym swoim ciele. Przechodzi cię impuls, który wychodzi gdzieś z serca, przechodzi przez ręce, żołądek, nogi, a kończy w paznokciach u stóp. W NH długo szukałam ludzi, którzy sprawią, że nie będę tego czuła. Ale w końcu ich znalazłam. Znalazłam nawet więcej niż się podziewałam. I zostawiłam. Bo ja gonię za przygodą… Chciałam, mam. Jestem w Kalifornii. Sama. I samotna. Z drugiej strony… Nikt mnie nie zatrzymał. A przecież mógł…

Ludzie mnie pytają „Czemu nie chcesz zostać w USA, skoro już udało Ci się wyjechać?” Otóż, moi drodzy. Podróże… podróże to całe moje życie. A nie przypominam sobie, żeby słowo „imigrant” było synonimem słowa „podróżnik”. Więc mam nadzieje, że ta krótka odpowiedź wszystko już wyjaśnia. Chce zwiedzać świat, odkrywać jego różnorodność i zdobywać doświadczenie. Nie uciekam z Polski, bo nie podoba mi się tam życie. Tam mam rodzinę, tam mam przyjaciół i tam jest mój dom. I zawsze będzie. Mogę podróżować tygodniami, miesiącami czy nawet latami… Ale to Polska będzie krajem, o którym powiem „dom”. I tylko z jednego powodu mogłabym ją zostawić… Ale jeszcze nikt mnie nigdzie nie zatrzymał…

300 dni za mną i 250 przede mną. Dam radę. Bo jak nie ja, to kto?

Czas leczy rany, a przede mną kolejne podróże. To motywuje do działania. Budzę się rano i powtarzam sobie, że nie każdy mógł być w tych wszystkich miejscach, które ja widziałam i przeżyć to co ja przeżyłam. W każdym dni szukam drobnych pozytywów- Cieszę się zapachem porannej kawy, chłodnym prysznicem w gorący dzień, szukam nowych książek, czy seriali…

W tym wpisie chodzi o to, żeby pokazać, że droga do sukcesu jest skomplikowana i wymaga wielu wyrzeczeń. Spełniam swoje marzenie- mieszkam w Kalifornii. Czy jestem szczęśliwa…? Przecież powinnam!

Nowa rodzina wydaje się w porządku. Dwoje dzieci: chłopiec (4), dziewczyna (14). Przytulną mam sypialnie, łazienkę dzielę z dziećmi, mam co jeść. Dam radę. Bo jak nie ja, to kto?

Zupa i drugie

felietony

 Najlepsze wspomnienia jakie mam z dzieciństwa to wakacje u babci. Spanie do południa, śniadanie do łóżka przed telewizorem, spędzanie czasu na dworze aż do zmierzchu i… nieziemska pomidorowa z makaronem własnej roboty! Kto dziś robi swój makaron…? Pewnie już tylko nasze babcie…

Za dwa tygodnie to ja zostanę „gospodynią” i będę odpowiedzialna za przygotowanie podstawowych posiłków dla dzieci- śniadania i lunch’u. Lunch. To takie zachodnie. Kiedyś jadaliśmy obiad, który często składał się z dwóch dań – zupy i drugiego dania. Moje babcie do dziś to praktykują i zawsze kiedy jedziemy w odwiedziny toczę z nimi walkę, że „ja nie dam rady aż tyle zjeść!”. Bo przecież teraz jadam LUNCH- coś szybkiego, na ciepło, w czasie przerwy. W dużych miastach stało się to codziennością. Kobiety, które pracują i prowadzą gospodarstwo domowe nie mają czasu na gotowanie posiłku złożonego z dwóch dań, więc nawet dzieci jadają w szkole, ewentualnie coś co można w domu szybko przygotować- nuggetsy, paluszki rybne, czy makaron z sosem ze słoika. Zatem dziś, lunch to nie to samo co obiad.

Chcę, żeby moje host dzieci poznały polską kuchnię. Dlatego od kilku dni siedzę w książkach kucharskich no i oczywiście w kuchni. Ostatnio pomyślałam, że pulpety to coś co jest w miarę zdrowe, lubiane przez dzieci w Polsce i nie może być trudne do przygotowania. Zmieliłam więc mięso, bułkę namoczoną w mleku, dodałam cebulę i uformowałam kuleczki. I wszystko było ok. Przecież sos to już „bułka z masłem”. Zdecydowałam, że pulpety będą w sosie koperkowym z przepisu „Kuchni Polskiej”, wydania XXXIII z 1992 roku. Już pierwsze zdanie z przepisu sprowadziło mnie na ziemię. Do zimnego rosołu dodaj mąkę. Rosół. Zimny rosół. Biorę więc gar, szukam w lodówce jakiś warzyw, co by można wrzucić do rosołu i gotuję. Bez kury. YOLO. Tak więc mój bulion warzywny się zagotował i ostygł. Dodałam mąkę. I coś chyba było nie halo, bo przypomniałam sobie, że nie rzuciłam okiem na proporcje! Brawo. Przekopałam więc internet, który pomógł mi zamienić 3 dag mąki na szklanki i okazało się, że do mojego bulionu mogę jeszcze dosypać! Uf, wolę dosypać niż rozcieńczać wodą. Zaczęłam więc gotować mąkę z bulionem, która zaczęła mi strasznie śmierdzieć. Nie lubię zapachu mąki. Ale ok, dobrze mi idzie.

Do moich pulpetów w sosie koperkowym chciałam podać mizerię. Ot, sałatka z ogórków, nie może być trudna. Googluję więc mizerię: ogórki, sól, pieprz, śmietana/ jogurt naturalny, cukier i ocet. Myślę- sporo tego jak na jedną mizerię, ale jeśli tak ma być… Wcześniej starte ogórki osłodziłam odrobinę, posoliłam, popieprzyłam i szukam octu. Nie ma w domu octu. Telefon do przyjaciela: – „Mamo, jak Ty robisz mizerię?” -” Sól, pieprz i jogurt naturalny”. Ok, czyli nie ma cukru. Myślałam, że ocet złagodzi słodkość ogórków, ale octu nie ma, więc moja mizeria pozostała na słodko. Dosłownie po dwóch minutach wracam do sosu. A raczej tego, co z niego zostało. W garnku zrobił się jeden, wielki, biało- żółty glut. Pot mi spływa po skroniach i już nie wiem czy to z tego gorąca na dworze, czy z rozpaczy, że straciłam mój „rosół”!! Ale pomyślałam, że nie ma co się poddawać! Więc zaczęłam mieszać i mieszać… I tak jak matka boska Chodakowska powtarza: „twoje ciało może więcej niż podpowiada ci twój umysł”, tak mieszałam i mieszałam, mimo że z sił już opadałam. Udało się rozbić mój sos koperkowy na mniejsze gluty. I wtedy mnie olśniło- wzięłam sito, przecedziłam i to co przypominało sos zostało w garnku, reszta poszła do kosza. Dodałam koperek, przyprawy i masło. I sos nie śmierdział już jak mąka, a jak wspaniały sos koperkowy. Tylko, że z tego wszystkiego ziemniaki, które wstawiłam, zdążyły się już ugotować… Bez soli.

I tak to klopsiki w sosie koperkowym lekko mnie rozwaliły. Chyba następnym razem zamiast obiadu, podam po prostu zachodni lunch…

„Podróżować to żyć” – H. Ch. Andersen

felietony

Ostatnio zaktualizowane4

Jak to w czasie sesji bywa, student zamiast się uczyć stara się znaleźć milion innych zajęć żeby tylko do książek nie zajrzeć. A że dla mnie była to ostatnia sesja w życiu, motywacji było jeszcze mniej niż w przeszłości. Zaczęłam się więc zastanawiać co mi w życiu te studia dały? Czego nauczyłam się podczas tych trzech lat? Odpowiedź przyszła szybko- na studiach upewniłam się tylko w tym co już wiedziałam – że lepiej jest kombinować niż być uczciwym, że młody człowiek nie może samodzielnie myśleć i nie może mieć swoich poglądów. Mimo że poznałam też cudownych ludzi z pasją, to niestety negatywne wspomnienia będą przeważać.

Ale razem ze studiami zaczęła się inna przygoda. W 2012 roku pierwszy raz pojechałam na animację, dzięki której poznałam wielu niesamowitych ludzi  (nie tylko na destynacjach, ale dzięki wynagrodzeniu mogłam też podróżować prywatnie) którzy przekazali mi cenną wiedzę i doświadczenie. A mam dopiero 22 lata, więc tyle miejsc jeszcze do odwiedzenia, tylu ludzi do poznania, tyle wiedzy do przyswojenia…

Tunezyjczycy pokazali mi, że Islam nie jest jednoznaczny z terroryzmem czy katowaniem kobiet. Zrozumiałam, że każdy człowiek na świecie jest taki sam, każdy pragnie być wolny i szczęśliwy. Ma prawo do życia i szacunku. Na Ziemi wszyscy jesteśmy równi, nie ważne gdzie się urodziliśmy.

Kanaryjczycy nauczyli mnie, że życie w pośpiechu nie jest naturalne. W jakim byłam szoku kiedy wróciłam do Warszawy z Teneryfy!? Czułam się idiotycznie na patelni czy Marszałkowskiej… Tu wszyscy gdzieś biegną. Tam? Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz miał dwa dni wolnego.

Kreteńczycy już drugiego dnia zademonstrowali mi swoją gościnność i nauczyli jak głośno krzyczeć „Ya mas!”. Właściciel  sklepu nad którym mieszkałam wyciągnął spod lady własnej roboty raki (wpis o Krecie) do tego świeże owoce z ogrodu i z uśmiechem powitał mnie na Krecie.  Nigdy tego nie zapomnę.

Włosi nauczyli mnie jak głośno wyrażać emocje. Jak krzyczeć, przeklinać, rzucać czym popadnie… I równie głośno i namiętnie godzić się po kłótni. Pokazali też jak cieszyć się chwilą- pyszną kolacją, winem, szumem fal oceanu, gwiazdami na niebie i przyjaźnią, która w naszej pracy jest wyjątkowa, bo choć krótka, niesamowicie silna…

Anglicy są dowodem na to, że codziennie można pić hektolitry alkoholu i jakoś żyć. Ich tradycji jednak nie praktykuję.

Pewien Belg udowodnił mi, że są sytuacje w których kłamstwo jest lepsze od prawdy.

Hindusi, choć tak biedni, cieszą się każdą chwilą życia. Szczerze potrafią się uśmiechać mimo że każdy ich dzień jest walką o przetrwanie.

Chiny pokazują jak niesprawiedliwy jest świat. Pekin to stolica gdzie po jednej stronie ulicy ludzie śpią w kartonach, a po drugiej stoi najnowsze porshe. Ale wiem już też, że jedzenie zwane chińszczyzną, które je się poza Chinami mało ma wspólnego z tym prawdziwym. Boże, jak tęsknię za tymi smakami!!

Każdego dnia będąc w podróży uczę się czegoś nowego. Dlatego to właśnie poznawanie innych kultur daje nam największe życiowe doświadczenie. A tego nikt, nigdy nam nie zabierze.

Mam dopiero 22 lata, więc tyle miejsc jeszcze do odwiedzenia, tylu ludzi do poznania, tyle wiedzy do przyswojenia, tyle doświadczenia do zdobycia i tyle do przeżycia!

Moje miejsce na Ziemi?

felietony
IMG_3802

Kreta, 2014

Kiedy kończy się rok większość z nas próbuje go podsumować i robi plany na następny. Ile to już razy mieliśmy schudnąć? Zacząć chodzić na siłownię? Rzucić nałóg? Zacząć oszczędzać? Gdybym ja swoje postanowienia zaczęła realizować za pierwszym razem, już dziś wyglądałabym jak aniołek Victoria’s Secret. Na szczęście w innej dziedzinie życia jestem dość wytrwała – zrobię wszystko żeby spełniać marzenia podróżnicze. A tych 2015 mi trochę przyniesie…

Odwiedziłam już sporo miejsc, ale nadal nie umiem odpowiedzieć na pytanie z tytułu. Nie ma miejsca na mapie gdzie czuję się NAJLEPIEJ.

Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie są ludzie którzy mnie rozumieją, dobrze się razem bawimy i wspieramy w potrzebie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teneryfa, 2013

Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie nie martwię się o pracę domową, o bałagan w pokoju, czy niepozmywane naczynia.

IMG_0169

Chiny, 2013

CIMG6179

Tunezja, 2012

Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie codziennie coś mnie zaskakuje. Poznaje nowych ludzi, ich kulturę i zwyczaje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kreta, 2014

Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie mogę pobyć sama kiedy tego potrzebuję. By móc w spokoju marzyć, rozmyślać, planować, a nawet trochę się użalać.

10610728_829755830376648_3383098524945156979_n

Kreta, 2014

Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie dobra kawa, dużo słońca i piękne widoki.

Moje miejsce na ziemi będzie tam, gdzie znajdzie się idiota, który mnie pokocha. Tam gdzie będziemy wychowywać nasze dzieci. Tam gdzie praca będzie mi sprawiać przyjemność. I tam gdzie będę szczęśliwa.

Bo za mało wiem jeszcze o świecie, za mało miejsc odwiedziłam i za mało ludzi poznałam, żeby już dziś odpowiadać na takie trudne pytania.

Student za granicą

felietony

IMG_0235

W ostatnim poście skupiłam się tylko na projektach, które pozwalają młodym osobom na wyjazd do Stanów. Przede wszystkim do pracy.

Ale to nie jedyne opcje, z jakich młodzi ludzie mogą korzystać, jeśli chcą podróżować.

Jest przecież jeszcze wszystkim dobrze znany Erasmus oraz wolontariaty, które pozwalają na podróż do Tanzanii, Etiopii, Chin, Indii, Maroko, Syrii i wiele, wiele innych!!

Zaczynam więc od najbardziej banalnego – Erasmusa.

W programie bierze udział 28 państw Europejskich oraz 3 kraje Europejskiego Obszaru Gospodarczego czyli Norwegia, Lichtenstein i Islandia. Jest przeznaczony przede wszystkim dla studentów, ale również pracowników uczelni. Student, który wyjeżdża uczy się zarówno na zagranicznym uniwersytecie jak i pozostaje studentem swojej macierzystej uczelni, czyli egzaminy zalicza na obydwu placówkach. Dofinansowanie ze względu na kraj, do którego się wyjeżdża jest różne. Uczelnie mają też swoje ograniczenia, kierunki również. Czyli nie zawsze możemy wyjechać do tego kraju, który akurat sobie wymarzyliśmy.

Zakończę, więc ten temat bo jest on bardzo mało interesujący. No, ale zawsze jakaś opcja. Jeśli jest jednak ktoś zainteresowany zapraszam tutaj:

http://www.erasmus.org.pl/

Program „Młodzież w działaniu”

W jego skład wchodzi aż 5 różnych akcji: Młodzież dla Europy, Wolontariat Europejski, Młodzież w Świecie, Systemy Wsparcia Młodzieży oraz Wsparcie europejskiej współpracy w zakresie problematyki i działań młodzieżowych. W poście skupię się na krótkim przedstawieniu akcji drugiej i trzeciej, ponieważ wydają mi się najbardziej interesujące.

Akcja 2, czyli wolontariat umożliwia podjęcie pracy społecznej wolontariuszowi (lub grupie wolontariuszy) we wszystkich krajach programu (UE) i krajach partnerskich ( do wyboru, naprawdę wiele, ale m. in.: Mołdawia, Gruzja, Jordania, Liban, Syria, Egipt, Tunezja, Argentyna, Australia, Brazylia, Chile, Chiny, Kenia, Sudan, Tajlandia itd.)

W akcji 3 możemy wyróżnić dwie „podakcje”. Jedna to Współpraca z sąsiedzkimi krajami UE, a drugi to Współpraca z innymi krajami partnerskimi (które mniej więcej >zdecydowanie mniej< wymieniłam w akcji 2) W ramach tej akcji można realizować wymiany młodzieżowe, co umożliwia poznanie kultury i obyczajów innych krajów, a dzięki działaniom wspierającym (Szkolenie i Tworzenie Sieci) rozwijać współpracę, wymianę praktyk i doświadczeń.

W tych projektach młodzi ludzie mogą wyjeżdżać dzięki organizatorom, którymi mogą zostać podmioty posiadające osobowość prawną. Wnioski o dofinansowanie są składane do programu. Jeśli zostaną zaakceptowane, powstające projekty są zarządzane przez organizatorów, którzy reprezentują uczestników.

Szczegóły: http://www.mlodziez.org.pl/

Ostani na dziś jest Global Citizen  – wolontariat, który jest realizowany w międzynarodowym otoczeniu w instytucjach takich jak szkoły, przedszkola, czy w czasie letnich obozów. Szczerze mówiąc nie jestem pewna jaki jest maksymalny czas takiego wyjazdu, ale wydaje mi się, że jest to 6 tygodni. W projekcie biorą udział aż 124 kraje, a proces aplikacji naprawdę nie jest trudny. Jeśli jest się przed 30 rokiem życia i mówi po angielsku na poziomie przynajmniej B1 nie powinno być problemów z wyjazdem.

Proces rekrutacji i więcej info: http://globalcitizen.pl/page/ep-flow

American Dream

felietony

flaga-usa

Oglądając amerykańskie produkcje filmowe często zazdrościmy Amerykanom tego jak im się żyje. W końcu Stany to potęga. Dzieciaki i młodzież marzą żeby ich szkoły wyglądały tak jak te z popularnych seriali – szafki na korytarzu, duże stołówki w których można do woli wybierać spośród niezdrowej żywności, mocne drużyny sportowe i zespoły dopingujących cheerleader’ ek na meczach.

Trochę starsi i dojrzalsi marzą o studiach za oceanem, a pewnie niektórzy, ( lub morze raczej niektóre 😉 ) z was wyobrażali sobie siebie na czerwonym dywanie w Hollywood.

Czy sen o życiu w Stanach musi pozostać tylko snem? Czy odległość od tego uwielbianego i wychwalanego przez wszystkich kraju, problemy z dostaniem wizy i cena biletów lotniczych muszą ograniczać nasze plany do zwykłych marzeń?

Przedstawiam zatem 3 z wielu sposobów, które przybliżą Was do spełnienia waszego „american dream”!!

Camp America

Program dzięki, któremu całe lato możesz spędzić w Stanach. Zazwyczaj leci się do pracy na 3 miesiące, a po zakończonej współpracy z danym ośrodkiem, w ramach programu możesz zostać w Stanach jeszcze przez max. miesiąc. W tym czasie podróżujesz, zwiedzasz, lub po prostu wypoczywasz. Większość kosztów związanych z wyjazdem pokrywa program, ale trzeba wnieść opłatę za spotkania informacyjne, dzięki którym zyskuje się m. in. ubezpieczenie medyczne czy pokrywa ono część opłat lotniskowych. Na pewno trzeba wziąć pod uwagę koszty wizy i innych formalności. Program gwarantuje bilet w obie strony, dowóz do miejsca pracy oraz najważniejsze- zakwaterowanie i wyżywienie w miejscu pracy. Czym się zajmujesz? Do twoich obowiązków należą głównie zajęcia jako personel takiego miejsca – koszenie trawnika czy pomoc na kuchni. Można też jechać jako osoba do pomocy przy pracy z dziećmi. Tutaj jednak jest wymagane doświadczenie. W ciągu takiego 3 – miesięcznego „campa” można zarobić ok 1200 dolarów. Czyli zwrócą się koszta włożone w wyjazd, ale zapewne zostaną one wydane na przyjemności po zakończonej pracy. Czy się to opłaca? Odpowiedzieć każdy z was musi sobie sam, dla mnie jest ona jedna i niezmienna! 🙂

Work& Travel

Ten program działa trochę podobnie jak Camp. Jedziemy do pracy na 3 miesiące, a potem mamy 30 dni dla siebie. Oczywiście w obu programach jeśli nie chcemy skorzystać z dodatkowych wolnych dni to nie musimy. W czasie tego miesiąca nie mamy już zapewnionego zakwaterowania oraz wyżywienia, sami organizujemy nasze wyjazdy oraz generalnie życie.

W tym programie z kilku, kilkunastu dostępnych ofert pracy sam możesz sobie wybrać co najbardziej ci odpowiada – możesz być sprzedawcą lodów na Florydzie lub kasjerem w Colorado.

Au Pair in America

Zdecydowanie mój faworyt! Program przede wszystkim dla dziewczyn, które posiadają doświadczenie w pracy z dziećmi. Osoba, która decyduje się wyjechać staje się na pewien czas częścią rodziny. U niej mieszka, je, spędza z nią wolny czas, ale przede wszystkim pracuje dla niej, czyli zajmuje się najmłodszymi. Co więcej! Masz też okazje podjąć tam studia! Co tydzień od rodziny dostaje się ok 200 dolarów na własne wydatki. Oczywiście wcześniej w wyjazd my sami również musimy zainwestować. Pokrywamy podobne koszta jak przy poprzednio opisywanych programach (wiza, ubezpieczenia, etc.) W przybliżeniu jest to jakieś 5000 tys zł.

Mam nadzieję, że chociaż trochę obudziłam waszą ciekawość związaną z podróżami do Stanów. Mimo, że sama jeszcze nigdy tam nie byłam, to po obronie dyplomu zdecydowanie wybieram się na „opcję numer 3”.

Jeśli jesteście zainteresowani szczegółami wyjazdów, zapraszam na strony:

http://www.culturalcare.pl/

http://www.campamerica.pl/

http://www.goglobal.pl/

Nie kochaj kobiety, która kocha podróżować…

felietony

Obrazek

Kobieta, która kocha podróżować ciągle szuka nowych wrażeń, przygody, szybko się nudzi. Nie zainteresujesz jej randką w kinie i filmem z Bradem Pittem. Nie zrobisz na niej wrażenia nowym samochodem i drogim zegarkiem.

Kobieta, która kocha podróżować nie będzie udawać kogoś kim nie jest i nie zmieni się by zrobić dobre wrażenie na twoich znajomych.

Kobieta, która kocha podróżować nie da się zamknąć w małym mieszkaniu wyposażonym meblami z Ikea, na nowym osiedlu w wielkim mieście. Nie pójdzie do pracy w wielkiej korporacji od 9:00 do 16:00. Nie zrobi ci zakupów w supermarkecie, nie ugotuje kolacji równo na 18:00, nie przygotuje przyjęcia dla twojego szefa. Nie wyśle dzieci do renomowanego przedszkola z obowiązkowym angielskim i francuskim z dodatkowym tenisem…

Kobieta, która kocha podróżować nie zrobi ci prania, nie uprasuje koszuli, nie wyrzuci za ciebie śmieci, nie posprząta na twoim biurku, nie zrobi kanapek do pracy… I nie dlatego, że nie umie. Dlatego, że nie chce.

Kobieta, która kocha podróżować nie wydaje pieniędzy w centrach handlowych, nie ogląda wystaw przez szybę, nie czyta kolorowych czasopism o modzie, nie robi paznokci w salonie piękności, nie umawia się z koleżankami na plotki o znajomych i gwiazdach show- biznesu.

Kobieta, która kocha podróżować nie wyda 300-tu złotych, żeby iść z tobą na koncert znanego zespołu. Nie pójdzie do nocnego klubu gdzie wejście i alkohol kosztują fortunę, bo wie, że za te pieniądze może kupić bilet lotniczy.

Kobieta, która kocha podróżować nie wejdzie do sieciówki, nie pije kawy ze Starbucks, nie je pizzy w Pizza Hut, nie ubiera się w Zarze.

Kobieta, która kocha podróżować nie dba o to co myślą o niej inni. Żyje własnym życiem, na przekór wzorcom i ideałom. Jest silna i zdecydowana, wie czego chce od życia. Nie potrzebuje żeby ktoś trzymał ją za rękę i zatrzymywał w miejscu. Chce być wolna i niezależna. Nie potrzebuje stałego adresu zamieszkania i zegarka na ręku.

Kobieta, która kocha podróżować każde pieniądze wyda na podróż w nieznane. Na bilet, na tani nocleg… Nie potrzebuje 5- cio gwiazdkowego hotelu z open barem. Może spać w namiocie i kąpać się w jeziorze.

Kobieta, która kocha podróżować woli zrobić zakupy na tradycyjnym bazarze. Zjeść w taniej, przyulicznej knajpie gdzie jest długa kolejka tubylców. Posłuchać gry na gitarze przy ognisku i nie martwić się o nieopłacony rachunek za internet.

Nie kochaj kobiety, która kocha podróżować. Chyba, że kochasz podróże tak samo jak ona. Nie zatrzymasz jej przy sobie jeśli będziesz stał w miejscu. Kobieta, która kocha podróżować musi być wolna… tylko wtedy będzie szczęśliwa.